Bubeusz napisał(a):Cóż to był za demon..?
aby opisać tego "demona" muszę opisać pewne sytuacje:
od jakiegoś roku miałem poważny problem z lenistwem w pracy, i nie potrafiłem zdać sobie sprawy dlaczego, kilka dni temu czytałem książkę przebudzenie Antony de Mello, czytając zdałem sobie sprawę że zawsze byłem przebudzonym (lub zawsze miałem jakąś wewnętrzną predyspozycje ku temu), że taki się urodziłem lub stałem się taki w już w dzieciństwie, po prostu zawsze byłem trochę inny i nie wiedziałem dlaczego postrzegam świat inaczej
(np.nigdy nie byłem w stanie zrozumieć dlaczego powinienem okazywać szacunek ludziom tylko dla tego że to biskup, ksiądz, szef... siedziało we mnie przekonanie że człowiek zasługuje na szacunek po pierwsze dla tego że na szacunek zasługuje każdy a po drugie: za to jakim jest biskupem, jakim księdzem, jakim szefem...człowiekiem. lub też zawsze broniłem ludzi "złych" gdyż rozumiałem że nie są źli tylko chorzy, poranieni, zaślepieni...
) więc ta książka nie wywarła na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia po za jednym zdaniem które mnie zastrzeliło:(cytuje z pamięci)"" jeśli powiedzą ci zrób tysiąc kroków, ty zrób ich dwa tysiące "" burzyłem się że ktoś inny leniwy zwala na mnie swoją prace, (co się często zdarza) i stąd pochodziło moje lenistwo, zidentyfikowałem demona a on po prostu zniknął, bez żadnego mojego wysiłku, w tym momencie poczułem również jak schodzą ze mnie inne problemy czy pomniejsze "demony" były to małe bolączki i "straszki" ale ich wspólna waga okazała się odczuwalna , fizycznie odczułem jak mnie opuszczają (spływają), a że był to dopiero początek pracy było kilka sytuacji gdy ktoś na mnie coś zwalił i nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, pracowałem w dobrym nastroju ciesząc się swoim odkryciem.
mój problem polega na tym że obecnie nie wierze w żadnego boga ani życie pozagrobowe (aczkolwiek dopuszczam możliwość ich istnienia), wiec po kilku godzinach zacząłem się zastanawiać nad sensem - po co się parać całe życie z podążaniem w kierunku światła skoro umrę i do piachu, (i tak całe życie spędzę z bólem mózgu

) pomyślałem sobie że dla własnego szczęścia ale ten argument nie okazał się aż tak przekonujący względem np. obietnicy życia wiecznego w szczęściu, i tym oto sposobem przebudziłem "demona" który na kilka godzin poszedł spać ale o wiele mniejszego (lekkie wewnętrzne wzburzenie) (wystarczyło go przegonić myślą o tysiącu kroków)...
Bubeusz napisał(a):Nie rozumiem, dlaczego oświecenie (a raczej proces prowadzący ku niemu) ma nie mieć końca? Przecież w końcu wszystkie demony znikną, czyż nie?
zaznaczę że nie jestem ekspertem, nie przypisuję sobie ani w tym ani innym poście czy wypowiedzi monopolu ani nie twierdzę że mam rację, jednak wydaje mi się że mamy w sobie tyle "demonów" że nie sposób ich wytępić w ciągu jednego życia,
-zresztą mentorzy przebudzenia mówią o tym że nie wolno ustawać w byciu czujnym, czyli że jesteśmy podatni na ataki świata bez względu na to w jakim stopniu jesteśmy oświeceni,
-po drugie skoro będąc prawdziwie przebudzonym nie będziesz o tym wiedział znaczy to że nadal będziesz zauważał "demony" w sobie, inaczej co stało by na przeszkodzie by wiedzieć że jest się oświeconym 100% ?
wiedza taka stała by się ostatnim z "demonów"

"Stosując zasadę oko za oko... uczyni się świat ślepym" Mahatma Gandhi.