Wszystko inne dotyczące ezoteryki i spraw poruszanych w Przebudzeniu.

Post 29 kwi 2007, 16:39

Witam. Dziś chciałbym opowiedzieć o trochę dziwnym zdarzeniu, które spotkało mnie parędziesiąt lat temu. Kupiłem książkę zachęcony tym, że w tytule, o ile pamiętam, było słowo Absolut. Trochę się rozczarowałem, bo treść książki specjalnie mnie nie zainteresowała. Ciekawe natomiast było motto, które natychmiast zanotowałem (był to jakiś starożytny tekst). Dziwność polegała na tym, że gdy wkrótce chciałem ustalić autora tego motta – książki (wtedy i już nigdy) u siebie nie odnalazłem. Pozostało mi tylko nazwisko tłumacza na łacinę: Pico della Mirandola. Szukając później w bibliotekach, znalazłem najbardziej prawdopodobny tytuł książki: Zmierzch Absolutu, ale tego motta tam nie było. Już poprzednio upubliczniłem je parokrotnie, i teraz znów przytaczam w całości:

Nie dałem ci ani określonego miejsca, ani własnego oblicza, ani żadnego daru, który byłby tobie właściwy, o Adamie, ażebyś sam zapragnąwszy swojego oblicza, swojego miejsca i swoich darów, zdobył je i posiadał. Określona granicami natura posłuszna jest prawom przeze mnie ustanowionym. Ale ciebie nie zamyka żadna inna granica jak tylko twój własny sąd, w którego moc cię oddałem, ty sam naturę określasz. Postawiłem cię pośrodku świata, ażebyś lepiej mógł widzieć, co się na nim znajduje. Nie uczyniłem cię ani niebiańskim, ani ziemskim, ani śmiertelnym, ani nieśmiertelnym, abyś ty podług własnej woli i godności, niby dobry malarz albo zręczny rzeźbiarz, sam kształt swój uczynił.
Oratio de hominis dignitate.


Proszę zwrócić uwagę na słowa: Określona granicami natura posłuszna jest prawom przeze mnie ustanowionym. Niezależnie od tego czyje to są słowa – mówią o obiektywności praw natury. I dalej: Ale ciebie nie zamyka żadna inna granica jak tylko twój własny sąd, w którego moc cię oddałem, ty sam naturę określasz. A więc człowiek jedynie „określa”, nie tworzy praw natury (inaczej mówiąc: jeździ samochodem, ale nie może go zbudować). Nie są więc one subiektywnym tworem człowieka, obojętnie na jakim szczeblu świadomości człowiek przebywa.

Aby zapoznać się z tymi prawami można by sięgnąć np. do hermetyzmu, wiedzy starożytnych Egipcjan. Pewien trudno dostępny na rynku tekst z tej dziedziny, autorstwa Dymitra Wł. Strandena, zamieściłem ostatnio na forum internetowym www.wingmakers.fora.pl .

W hermetyźmie mówi się o siedmiu podstawowych prawach natury:

1) mentalizmu (wszystko ma charakter duchowy),
2) analogii i odpowiedniości (jak na górze tak i na dole),
3) wibracji,
4) biegunowości (binarnej polaryzacji),
5) rytmu (także: tworzenia i wchłaniania wszechświatów przez Ducha),
6) przyczynowości,
7) dwoistości czynnego i biernego pierwiastka.

A więc wszechświat podlega tym obiektywnym prawom, ustanowionym przez Ducha. Zgodnie z prawem rytmu, na przykład w hinduiźmie, mówi się o manwantarze i pralai, jako o przejawieniu wszechświata - i o jego wchłonięciu przez Ducha, wraz z wszystkimi bogami. Zgodnie z hermetyzmem Duch (Absolut) jest jedyną, najwyższą substancją, nazywaną także Wszechrozumem. Nawet Świadomość Kosmiczna jest jedynie odbiciem Wszechrozumu w pramaterii, tworząc w ten sposób formy materialne.

Cały przejawiony wszechświat ma więc naturę duchową. Duch, niejako „uśpiony” w materii, stopniowo „budzi się” w okresie owej manwantary, a więc w czasie trwania wszechświata. Przechodzi przez różne stadia rozwoju materialnych form, z którymi się identyfikuje owa ograniczana (tzn. „otulona” przez te materialne formy) Świadomość Kosmiczna. Można przypuszczać, że w procesie ewolucji, na szczeblu człowieka inkarnującego się w ciało fizyczne (oparte na tzw. łańcuchu pokarmowym), kończy się etap zorientowany na przetrwanie. Do szczebla tego należałoby jednak zaliczyć także materialne (ale nie fizyczne) Królestwa Przybrzeżne, ściśle związane ze światem fizycznym.

W hermetycznym prawie analogii mówi się: jak na górze tak i na dole. Spróbujmy więc przyjrzeć się temu dołowi. Porównałem kiedyś Ziemię do pieca hutniczego w którym z żywej materii wytapia się szlachetny kruszec Ducha. Paliwem jest cierpienie. A więc funkcjonuje jakaś technologia duchowa.
Z drugiej strony owa „żywa materia” w zorganizowany i rozumny sposób trwa w czasie i rozwija się. Istnieje tu piękno, radość i szczęście. A więc nie jest tak całkiem źle w tym „piecu hutniczym”. O co więc właściwie chodzi?

Myślę, że sprawy te mogą być jasno zrozumiane przez człowieka w stanie głębokiej medytacji (w zmienionym stanie świadomości). Jeżeli jednak posługujemy się jedynie ludzkim rozumem, intuicją, wyobraźnią i językiem, to musimy polegać na własnym obrazie Prawdy, traktowanym niejako hipotetycznie. Chyba, że bezwarunkowo zaakceptujemy, zwykle uproszczony, symboliczny światopogląd religijny. W takim przypadku mamy do czynienia z wiarą, co jest zresztą zjawiskiem powszechnym.

Chciałbym teraz odwołać się do przekazów współczesnych, mówiących o sposobie wyzwalania się człowieka z systemu zorientowanego na przetrwanie, poza którym podlega on dalszemu rozwojowi. Obszerną wiedzę w tym zakresie podają tzw. Stwórcy Skrzydeł (Wingmakers), mówiąc o Wielkim Portalu. W mojej pamięci tkwi jednak wypowiedź nieżyjącego już, mego serdecznego przyjaciela Kazika Chmielowca, który był bardziej ode mnie rozwinięty duchowo: Nasza tu obecność nie jest przypadkowa, nie śpieszmy się z odejściem. Nie chodzi o to aby samemu stąd odejść w jasności Ducha.Trzeba też pomóc innym.

Zwróćmy uwagę np. na przekazy tak znakomitego badacza jak Robert Monroe, który w książce Najdalsza podróż pisze, żę został oddalony od „duchowej szczeliny” bo był za mały, przybył tylko sam, nie z jakąś większą grupą. Także w wizji przyszłościowej opisuje równoczesne opuszczenie Ziemi przez dużą grupę jej mieszkańców (piszę z pamięci). Również Carlos Castaneda podaje, że jego nauczyciel Matus opuścił „reinkarnacyjny padół” wraz z całym zespołem szamanów.

Dlatego też moc erupcji Ducha z tego ziemskiego „pieca hutniczego” tak bardzo zależy od miłości bliźniego, której praktycznym wyrazm jest dobroć. Dobre intencje nie wystarczą, niezbędne jest ofiarne, miłosne postępowanie. Miłość bez działania i wrażliwości na krzywdę jest zwykłą pułapką, zastawianą przez ludzkie ego. Stoi też w jawnej sprzeczności z nauką Chrystusa. Nie na darmo ludowe porzekadło mówi, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

Z największą serdecznością, Marian
Marian Wasilewski
Avatar użytkownikaM. Wasilewski Mężczyzna
Meandry życia
 
Imię: Marian
Posty: 68
Dołączył(a): 01 sty 2007, 20:17
Lokalizacja: USA
Droga życia: 7
Zodiak: baran

Meandry życia

Post 06 maja 2007, 02:15

Ostatnio, w dzień wielkanocny, byłem świadkiem dyskusji na temat różnic etycznych między Starym i Nowym Testamentem. W pierwszym przypadku uznaje się zasadę oko za oko, a w drugim każe się miłować nieprzyjaciół. A wszystkiemu patronuje ten sam biblijny Jehowa. Trzeba niezwykłej gimnastyki myślowej aby wyjaśnić, dlaczego Jehowa mógł być bogiem zazdrosnym i w ogóle posiadać bardzo ludzkie cechy. Jak zrozumieć, że żądał od Abrahama ofiarowania mu syna, że uśmiercił żołnierzy faraona, że tolerował zwalczanie tubylczych ludów zamieszkujących Ziemię Obiecaną, itd. Chyba najbardziej drastycznym przypadkiem było okrutne znęcanie się nad, do końca wiernym Jehowie, Hiobem.

Aby zrozumieć te zawiłe sprawy należałoby sięgnąć do procesów egregorycznych, do których współczesna nauka jeszcze nie odnalazła drogi. Na przeszkodzie, jak zwykle, stoi granica w postaci „ścian fizycznego pudełka” w którym żyjemy. Wieści dochodzą jednak od osób jasnowidzących (lub z przekazów channelingowych i innych) dających podstawę do rozwoju różnych gałęzi wiedzy ezoterycznej.

Ogólnie chyba można powiedzieć, że świat fizyczny jest jakby łonem, w którym dojrzewa i z którego rodzi się samoświadomość człowieka (nie bez bólu zresztą). Mówiąc w poglądowym uproszczeniu samoświadomość, po opuszczeniu świata fizycznego (F), nie porzuca subtelnego ciała materialnego i zwykle przechodzi do tzw. Królestw Przybrzeżnych (KP), gdzie podlega dalszemu rozwojowi (nie wyłączając ponownej inkarnacji w ciele fizycznym). W każdym razie owe Królestwa Przybrzeżne są w dalszym ciągu na bieżąco związane ze światem fizycznym. Dopiero możliwość ich opuszczenia otwiera jeszcze dalszą drogę rozwoju.

Mówiąc o procesach egregorycznych chciałbym ograniczyć się do egzystencji ludzkiej w owych dwóch obszarach: F oraz KP. Każda osoba zamieszkująca obszar F ma psychiczną część siebie w obszarze KP. Mocą napędową w tych obszarach jest tendencja do powstawania różnorodnych związków między osobami przeżywającymi podobne uczucia i stany emocjonalne, oraz podobne idee. W ezoteryce mówi się o podobnych wibracjach.

Weźmy najprostszy przykład, małżeństwo. Jeżeli zawarto je z nieegoistycznej miłości lub jest długotrwałe – posiada swój egregor. W obszarze KP łączą się bowiem uczucia i idee o podobnych wibracjach tworząc autonomiczny obiekt psychiczny (rodzaj kompleksu). Próba rozbicia takiego małżeństwa napotyka na opór emocjonalny, czasem niezrozumiały dla obojga. Bywa, że egregor taki nie znika nawet po fizycznej śmierci jednego lub obojga małżonków.

Każda emocjonalnie związana grupa społeczna: rodzina, naród (oczywiście, z przebudzoną świadomością narodową), wyznanie religijne, organizacja społeczna lub polityczna, ideologia, itp. – tworzy swego egregora. Dlatego egregor jest powszechnym mieszkańcem KP.

Wielkie egregory gromadzą olbrzymią energię psychiczną. Dążą także do realizacji zawartych w nich głównych idei. Fizyczna śmierć wyznawców tych idei zasila energią swego egregora. Znany jest przykład fizycznej zagłady wszystkich członków zakonu Templariuszy, który odrodził się w postaci Różokrzyżowców. Zagłada wyznawców jakiejkolwiek ideologii – zasila ją. W tym aspekcie kara śmierci jest czymś w rodzaju zamiatania śmieci pod dywan.

Najgorsza jest walka wielkich egregorów ze sobą, pozostających na tym samym szczeblu świadomości (np. nazizmu z komunizmem). Kościół wyszedł zwycięsko ze starcia z komunizmem dlatego, że działał z wyższego szczebla świadomości. Gorzej jest, gdy wyznanie religijne daje się ściągnąć na niższy szczebel świadomości, np. na szczebel na którym zwykle toczą się procesy polityczne. Przykładem mogą być tzw. święte wojny muzułmańskie, albo, w dawniejszych czasach, wojny krzyżowe.

Próba wyzwolenia jednostki od wpływów egregora zwykle jest skazana na niepowodzenie, chyba, że jest wsparta udziałem innego egregora. Skuteczną drogą jest przejście na wyższy szczebel samoświadomości (na wyższą wibrację). Egregor chyba nie miałby dostępu do człowieka gdyby człowiek nie posiadał w sobie czegoś co może z egregorem „rezonować”, tzn. gdyby niepożądany egregor nie miał w człowieku „uchwytu”, dzięki któremu może nim zawładnąć. Demony czuły trwogę przed spotkaniem z Jezusem, bo nie miały na Niego żadnego „haka”, którym mogłyby Mu zaszkodzić. Były więc wobec Niego bezbronne.

Osobiście przeżyłem dwukrotnie wyzwolenie się od wpływów egregorycznych. Po raz pierwszy chodziło o opuszczenie egregora religii katolickiej, a po raz drugi – uwolnienie się od „uścisku” ideologii materialistycznej. Nie była to łatwa sprawa. Teraz rozumiem ludzi, którzy mają podobne problemy. Gdy mówię o wyzwalaniu się spod wpływu egregorów nie znaczy to, że nie dostrzegam także pozytywnej roli wyznań religijnych. Mam jednak na uwadze dociekanie wyzwalającej Prawdy.

Wracając do Jehowy, w tym ujęciu nie był on Bogiem (był inną osobą niż Elohim z Księgi Rodzaju). Posiadał wszystkie cechy ówczesnego narodu żydowskiego. Mówiąc o roli Jehowy jako egregora (ducha opiekuńczego) narodu żydowskiego chciałbym przywołać pogląd C.G. Junga (Psychologia a religia, Warszawa 1970) oparty na starotestamentowej Księdze Hioba. Autor przeprowadza formalną psychoanalizę Jehowy i wnioskuje, że Jehowa poniósł moralną klęskę w starciu z Hiobem. Następstwem tego było przywołanie Chrystusa, który obdarzył swą charyzmą Jezusa z Nazaretu. Jezus przygotował podstawy do powołania religii opartej na miłości bliźniego. Jednym z głównych budowniczych tej religii okazał się św. Paweł, wcześniejszy rzymski prokurator.

Trzeba pamiętać, że rozważania te toczą się w sferze symbolicznej i nie może być mowy o jakichkolwiek przekonujących, ścisłych dowodach.
Z serdecznym poważaniem, Marian
Ostatnio edytowano 19 maja 2007, 10:30 przez M. Wasilewski, łącznie edytowano 1 raz
Marian Wasilewski
Avatar użytkownikaM. Wasilewski Mężczyzna
Meandry życia
 
Imię: Marian
Posty: 68
Dołączył(a): 01 sty 2007, 20:17
Lokalizacja: USA
Droga życia: 7
Zodiak: baran

Post 06 maja 2007, 13:34

marianwas napisał(a):a w drugim każe się miłować nieprzyjaciół. A wszystkiemu patronuje ten sam biblijny Jehowa.

Nie Jehowa a Jahwe i nie patronuje on w NT, bo tam bóg nazywany jest Bogiem Ojcem
poza tym nie można mówić w ten sposób o różnicy, bo muszą one tu wistąpic, poniweaż NT I ST pochodzą z całkiem różnych doktryn.
marianwas napisał(a):Jeżeli zawarto je z nieegoistycznej miłości

Jaka miłość jest nieegosityczna? Już samo pojęcie miłość oznacza egoizm i chęć posiadania kogoś jak przedmiotu tylko dla siebie.
PRAWDA ZAWSZE SIĘ OBRONI, JEŚLI NIKT TEGO NIE ZABRONI ANI NIE OGRANICZY
Avatar użytkownikaNightwalker Mężczyzna
Racjonalista
 
Posty: 537
Dołączył(a): 11 maja 2005, 16:26

Post 06 maja 2007, 13:47

Nightwalker napisał(a):Już samo pojęcie miłość oznacza egoizm i chęć posiadania kogoś jak przedmiotu tylko dla siebie.

Nightwalker, żyjesz w ciekawym świecie. ;) Wybaczcie, nie mogłem powstrzymać się od komentarza.
Avatar użytkownikaNazcain Mężczyzna
 
Imię: Piotr
Posty: 411
Dołączył(a): 17 kwi 2005, 19:00
Lokalizacja: Warszawa
Droga życia: 7
Typ: 5w4
Zodiak: Lew, bawół

Meandry życia

Post 06 maja 2007, 23:38

Witaj Nightwalker, no to odezwałeś się wreszcie. Już trochę zatęskniłem za Twoimi odsłoniętymi oczami. Szkoda, że nie poruszasz istotniejszych spraw. Co do Jahwe czy Jehowy – to kwestia tłumaczenia. Wiadomo, że chodzi o tę samą osobę. Istotnie, w Biblii Tysiąclecia jest Jahwe i nie Hiob tylko, po prostu, Job (mam nadzieję, że nie jest to rusycyzm). Natomiast trochę niefortunnie użyłem słowa „patronuje”. Chodzi mi o to, że tak Stary jak i Nowy Testament są traktowane przez chrześcijaństwo jako dzieła natchnione przez Ducha. O zmianie doktryny wspomniałem w zakończeniu przedostatniego akapitu mojego postu.

A odnośnie do miłości to ho ho, jest grubsza sprawa. Piszesz: Jaka miłość jest nieegoistyczna? Już samo pojęcie miłości oznacza egoizm i chęć posiadania kogoś jak przedmiotu tylko dla siebie.

Można by się z tym częściowo zgodzić, tylko trzebaby przyjąć, że Bóg Osobowy jest egoistą. Jest to sprawa równie spekulatywna jak wszelkie metafizyczne poglądy materialistyczne, oparte jedynie na ograniczonym doświadczeniu pięciu ludzkich zmysłów i binarnej logice myślenia. Problem ten wiąże się z pojęciami: jedności i mnogości.

Przyjmijmy, że Bóg istnieje i jest transcendentalną jednością. Jego ciałem jest materialny wszechświat. Bóg, jako egoista, kocha siebie. To znaczy – kocha każdą cząstkę wszechświata, w tym człowieka. Miłość ta jest jednoczącą, boską energią, bez której wszechświat nie mógłby istnieć (po prostu „rozsypałby się”, na co wskazuje choćby probabilistyka).

Dla przejrzystości, ograniczmy się we wszechświecie jedynie do człowieka. Jest on elementem mnogości, odbierającym (może nie zawsze świadomie) ową jednoczącą miłość boską. Ale jako osoba, powołana do istnienia na wzór Boga, także kocha siebie miłością egoistyczną. Ma więc do czynienia co najmniej z dwiema miłościami: jednoczącą (boską) i osobistą. Nazwijmy je miłościami biegunowymi. Między nimi jest cała drabina szczebli pośrednich.

Doświadczenie społeczne wykazuje, że człowiek dąży do doskonałości. Podlega rozwojowi, coraz bardziej zbliżając się do jednoczącej miłości boskiej. Egoistyczna miłość człowieka podlega więc polaryzacji. Rozciąga się na rodzinę, różne grupy społeczne, kraj i wreszcie odnajduje ową jednoczącą miłość boską.

Spójrzmy teraz na tę sprawę nieco inaczej. Pojęcie miłości traktujesz jako jednoznaczne i adekwatne do przyporządkowanego mu słowa „miłość”. Życie wskazuje jednak, że istnieje wiele pojęć, którym także przyporządkowano to słowo. Jest to sprawa związana z tworzeniem się tzw. substancji leksykalnej. Podam tu, skądinąd znany przykład, zawarty w mojej książce Psychiczne źródła komunizmu http://www.marian-wasilewski.pl/pzk_dwoistosc.php [patrz także przypis (17) na końcu strony]:

Jeśli wyznaję miłość kobiecie mówiąc „kocham cię” to słowa te są dla niej zrozumiałe, zwłaszcza gdy jest mi przychylna. Ja także mogę uważać, że słowa te są odpowiednie do wyrażenia moich uczuć. Spróbujmy jednak sięgnąć głębiej do tych uczuć, do ich motywacji. Mógłbym, na przykład, powiedzieć szczerze „kocham cię taką jaka jesteś i pragnę jedynie byś była szczęśliwa” (taka wypowiedź ma pewne cechy miłości rodzicielskiej), albo „kocham cię, nie mogę bez ciebie żyć i oczekuję wzajemności”. Obie te wypowiedzi są powszechnie akceptowane, pomimo, że w istocie wyrażają dwa przeciwstawne sobie przeżycia uczuciowe: miłość ofiarną (bezinteresowną) i miłość egoistyczną. Przeżywając je ludzie zazwyczaj nie dostrzegają owej motywacyjnej różnicy między nimi. Dlatego nie ma dla nich odpowiednich, komunikatywnych słów w języku polskim i jest wątpliwe czy można je znaleźć w innych językach. Załóżmy jednak, że takie słowa istnieją i treść ich jest powszechnie znana. Oznaczmy je literami A i B.

Gdybym teraz, żywiąc miłość egoistyczną, powiedział prawdę używając słowa B – to mógłbym zostać odtrącony, gdyż moja wybranka poznałaby prawdziwą motywację moich afektów. Gdybym natomiast skłamał mówiąc A – to może by mnie nie odtrąciła, ale psychicznie trafiłbym z deszczu pod rynnę. Musiałbym uznać się za oszusta i wejść w kolizję z akceptowanym przeze mnie „kodeksem” etycznym. Nieprzypadkowo więc ograniczam się do słów: kocham cię. Dokładniejsza wiedza o rodzaju tej miłości nie jest mi potrzebna, co więcej, mogłaby przeszkodzić w spełnieniu moich pragnień. Oboje zresztą uważamy, że rozumiemy właściwie te moje słowa. Nie uświadamiamy jednak sobie kryjącego się w nich fałszu, który może się ujawnić dopiero później. Bardzo trudno jest bowiem uświadomić sobie pewne treści, powstałe w wyniku takiego motywacyjnego rozdwojenia – gdy nie przyporządkowano im odpowiednich słów.


Większość rzeczowników abstrakcyjnych, takich jak: sprawiedliwość, dobroć, ofiarność, itp. cechuje taki brak precyzji, gdyż precyzja w tych sprawach nie jest pożądana przez wielu ludzi. Utrudniałaby bowiem racjonalizację psychiczną (usprawiedliwianie przed sobą i przed innymi ludźmi swojego społecznie nieakceptowanego postępowania).

Wygląda więc na to, że z miłością sprawa wcale nie jest taka prosta, jak to przedstawiasz.
Pozdrowienia, Marian
Marian Wasilewski
Avatar użytkownikaM. Wasilewski Mężczyzna
Meandry życia
 
Imię: Marian
Posty: 68
Dołączył(a): 01 sty 2007, 20:17
Lokalizacja: USA
Droga życia: 7
Zodiak: baran

Powrót do działu „Inne”

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość