Chciałbym z waszą pomocą wyjaśnić sobie wartość poznawczą przeżyć w tzw. "odmiennych stanach świadomości". Piszę "tzw.", bo nie znam wszystkich rodzajów "odmiennych stanów świadomości", i jestem zielony w tej klasyfikacji (tzn. które są "nieodmienne", a które "odmienne" i jak je praktycznie odróżniać tu i teraz). Ale generalnie wydaje mi się, że sen, jako stan bardzo zmienny, urozmaicony i nieprzewidywalny zalicza się do tych "odmiennych", w odróżnieniu od tej całej wrażeniowo-przeżyciowej wielkiej konsekwencji, którą zwie się "jawą". Inspiruje mnie do tych rozważań rodzaj snu następujący:
Otóż śni mi się, że odkrywam rozwiązanie jakiejś zagadki, która do tej pory trapiła mnie na jawie. Np. przypominam sobie numer telefonu do pewnej osoby, albo kojarzę twarz z imieniem, którego nie mogłem sobie "na jawie" przypomnieć, otrzymuję rozwiązanie jakiegoś problemu matematycznego, odnajduję jakąś lokalizację w terenie itp. To przeżycie przyprawia mnie o radość i uczucie spełnienia, przynajmniej początkowo: oto bowiem problem zniknął, a pojawiło się "rozwiązanie".
Nic szczególnego, powszechne zjawisko o banalnym wytłumaczeniu psychologicznym. Ale, w przeciwieństwie do takiego pana Kekule, rozwiązanie często bywa niewystarczająco określone i tu zaczyna się problem. Tzn., kiedy w owym śnie, drążąc temat zaczynam dokładnie wmyślać się w treść tego "rozwiązania", kiedy próbuję dokładnie ujrzeć tę przypomnianą twarz, tę znalezioną liczbę itd., okazuje się, że obraz jest mętny i niewyraźny. Kiedy owo "rozwiązanie" staram się ostatecznie zweryfikować, albo je zapamiętać (jest to bowiem sen, w którym mogę do pewnego stopnia o czymś decydować) okazuje się, że rozwiązanie było tylko _z pozoru_ rozwiązaniem, że nosiło tylko pewien pojęciowy emblemat "bycia rozwiązaniem" nie będąc nim de facto, że nie było odkryciem, co raczej _wrażeniem odkrycia_, że nie mam do czynienia z prawdą, ale ze złudnym wrażeniem autentyczności, złudnym do tego stopnia, że przyprawia mnie o radość i poczucie ulgi w poszukiwaniach!
Kiedy to się ujawnia, radość oczywiście mija i uświadamiam sobie, że we śnie mogę ulec pewnemu złudzeniu oczywistości czegoś, co nie jest ani oczywiste, ani prawdziwe, ani nawet dokładnie określone co do treści. Relacja "bycia odkryciem", "bycia rozwiązaniem" między tym wyśnionym przedmiotem, a jakimś odnośnym problemem nie ma logicznych podstaw (co oczywiście nie jest niczym nadzwyczajnym we śnie).
Wniosek z tego taki, że w tym stanie, który chyba zalicza się do "odmiennych", jedyne z czym obcuję, to wrażenia i obrazy, wobec których nie mogę orzekać "prawdziwości", albo "ważności" dopóki ich nie zweryfikuję w życiowej, bardziej racjonalnej codzienności po przebudzeniu, tak, jak zrobił to pan Kekule z cząsteczką benzenu. Nie mam też podstaw żywić na jawie przekonań, które wydawały mi się oczywiste we śnie - bo we śnie oczywistość jest tylko _wrażeniem oczywistości_. Zatem, najgłębsze nawet olśnienie w tym stanie może być ułudą - tym bardziej, im bardziej olśnienia potrzebuję.
Pytanie jest więc następujące: skoro w "odmiennym stanie świadomości" sam się oszukuję, aby nie tyle "zrealizować" jakąś psychiczną potrzebę wiedzy, co po prostu ulżyć sobie w niej - to na jakiej podstawie mam wierzyć w cokolwiek, co objawia mi się w tym stanie? Na jakiej podstawie mam wierzyć, że przez świadomy sen, narkotyczny trans itp. wkraczam w jakiś "inny świat", istniejący niezależnie ode mnie, świat, który mogę "odwiedzać" w sposób powtarzalny, świat, który ma jakiś wewnętrzny porządek i jest ewentualnie dostępny innym osobom - a nie jest tylko przypadkowym wytworem mojej rozbuchanej wyobraźni, stymulowanej potrzebą ujrzenia _takiego właśnie_ świata, pozorem, który mnie przekonuje i wciąga - dopóki nie otworzę oczu - ?
Ludzie są przyzwyczajeni do używania słowa "wierzę" i "nie wierzę". Wierzymy często np.