Wszystko inne dotyczące ezoteryki i spraw poruszanych w Przebudzeniu.

Wizerunki istot ptakopodobnych

Post 02 lis 2010, 16:16

Jak w temacie. Proponuję wrzucać tu wszystko co w naszej kulturze odnosi się do interakcji człowieka z istotami ptasimi.
Wyłapanych wizerunków gadoidów jest pokaźna ilość prezentowanych na różnych stronach, forach, w filmach książkach itd. Jeśli chodzi o ptaki, temat jest znacznie rzadziej poruszany.
Co ciekawe, większość kultur przedstawia ptaki jako istoty zorientowane pozytywnie.



Obrazek

Sumer. Istota trzyma szyszkę będącą symbolem życia (nasienie). Istoty ptakopodobne często określa się terminem " niosący życie", "dawcy życia"


Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Innana – "Pani Nieba"



Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Uploaded with ImageShack.us



Podobnie w Egipcie:


Obrazek
Thot

Obrazek
Horus

Obrazek
Thot z krzyżem Ankh – "niosący życie"

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dalej Grecja, Rzym....

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Uploaded with ImageShack.us



Podobnie sprawa się ma w kościele katolickim, chociaż ptaki często pozamieniały się w podobizny aniołów:


Obrazek

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

No i oczywiście Duch Święty

Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Uploaded with ImageShack.us




Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


Powyższe materiały zebrane są przy pomocy "wujka Google", więc tak naprawdę stanowią tylko pobieżną próbę nakreślenia tematu.
Można też wspomnieć o bardziej powszechnych wizerunkach ptaków, jak chociażby na monetach i w godłach wielu państw
Ostatnio edytowano 03 lis 2010, 11:54 przez lugal, łącznie edytowano 9 razy
lugal
 
Te powszechnie prezentowane wizerunki nijak się mają do rzeczywistości ;) są bardziej ideowe, symboliczne aniżeli realistyczne.

Oni w ogóle nie wyglądają jak ptaki, ale jak kiedyś Uzuli napisał że to są niesforne ptaszyska, tak coś w moich wspomnieniach ze spotkania odżyło, faktycznie mają coś ze Sroki, coś takiego dziwacznego czego my ludzie nie mamy.

W astralu(śnie, zwykłym OOBE) tego typu istoty mogą przybrać dowolny kształt, jeśli tylko tego zechcą, jeśli nie to występują jako wiatr(podmuch), jako błyskawice, lub jako wyczuwalna obecność, lub też w ogóle nie da się ich obecności wyczuć.

Jeśli już zorientujesz się w astralu że masz gościa i wpatrzysz się w niego aby widzieć aurę to świeci na żółto, zielono, niebiesko lub pomarańczowo. Jeśli wpatrzysz się w niego naprawdę intensywnie to zmieni się w szary workowaty kształt i rzuci na Ciebie (to dla mnie jeden z bardziej zagadkowych aspektów).

Będąc w powłoce mentalnej wyglądają jak istota człekopodobna w kulistej powłoce z delikatnej białej mgły.
I took a walk around the world to ease my troubled mind
I left my body laying somewhere in the sands of time
I watched the world float to the dark side of the moon
I feel there is nothing I can do
Avatar użytkownikazet Mężczyzna
 
Posty: 114
Dołączył(a): 19 lip 2010, 19:19
Te powszechnie prezentowane wizerunki nijak się mają do rzeczywistości są bardziej ideowe, symboliczne aniżeli realistyczne


Tak wiem :D . W temacie nie chodzi jednak o to jak one wyglądają w rzeczywistości. Chodzi bardziej o potwierdzenie tego, że ludzie od dawna mieli kontakt z tymi istotami, a swoje wizje przenosili do 3d tak jak umieli, czyli w uproszczeniach i symbolach. Ptasie istoty są tak obecne w naszej kulturze, że to się raczej nie wzięło z fantazji naszych przodków.
lugal
 
Co prawda to nie wizerunek, ale zawsze jakieś spojrzenie na temat - cytat z książki Michaela Harnera "Droga Szaman", wklepany przez użtkownika RedRabbit z forum paranormalne.pl:
"
Moje badania antropologiczne dotyczące Indian Conibo posuwały się zupełnie nieźle, lecz jakiekolwiek usiłowania, by zdobyć informacje dotyczące ich religii, kończyły się niepowodzeniem. Ludzie ci byli przyjacielscy, lecz jeśli chodzi o rozmowy o rzeczach nadnaturalnych, powściągliwi. W końcu oświadczyli mi, że jeśli naprawdę chcę się czegoś nauczyć, to muszę spróbować świętego szamańskiego napoju zrobionego z ayahuasca, czyli z ?wina duszy?. Zgodziłem się na to, odczuwając zarówno ciekawość, jak i obawę, ponieważ zostałem ostrzeżony, że doświadczenie to może być przerażające.
Następnego ranka mój przyjaciel Tomas, należący do starszyzny wioskowej, poszedł do lasu, by naciąć pnączy. Przed odejściem nakazał mi, bym pościł, to znaczy zjadł tylko lekkie śniadanie i powstrzymał się od obiadu. W południe powrócił z pnączami i liśćmi rośliny cawa, którymi napełnił pojemnik. Płyn ten gotował przez całe popołudnie, po czym pozostawił go do zachodu słońca, by się oziębił, a następnie oświadczył, że jest gotowy do wypicia. Ponieważ szczekanie psów może być fatalne dla człowieka, który napije się ayahuasca, gdyż może on popaść w obłęd, przeto Indianie założyli kagańce wszystkim psom we wsi. Dzieci pouczono, by nie hałasowały, i wraz z zachodem słońca zapadła cisza.
Kiedy po krótkim równikowym zmierzchu nadeszła ciemność, Tomas nalał do tykwy około trzeciej części płynu z butli i dał mi ją do wypicia, czemu przypatrywali się wszyscy Indianie. Poczułem się jak Sokrates pijący cykutę wśród Ateńczyków i wtedy zdałem sobie sprawę z faktu, że mieszkańcy peruwiańskiej Amazonii nazywają ayahuasca "małą śmiercią". Truciznę wypiłem szybko. Miała dziwny, trochę gorzki smak. Czekałem, aż Tomas także wypije swoją część, lecz powiedział, że zdecydował się tego nie robić.
Położono mnie na bambusowej platformie pod wielkim dachem przykrywającym dom wspólnoty. Poza dźwiękami wydawanymi przez świerszcze i dalekimi odgłosami małp w dżungli w wiosce było zupełnie cicho. Spoglądając w ciemność nad sobą, zobaczyłem nagle ledwo widoczne świetliste linie. Stawały się one coraz bardziej ostre, bardziej powikłane, aż rozbłysły brylantowymi kolorami. Z dala nadpłynął dźwięk jakby wodospadu i stawał się coraz potężniejszy, aż wypełnił moje uszy.
Jeszcze kilka minut wcześniej czułem się rozczarowany, sądziłem bowiem, że ayahuasca na mnie nie działa, a tymczasem obecnie mój mózg pogrążył się w odgłosie pędzącej wody, szczęki stężały, a odrętwienie to zaczęło rozchodzić się w wzwyż, aż do skroni.
Linie nad moją głową pojaśniały jeszcze bardziej i stopniowo przybrały formę sklepienia przypominającego mozaikę w formie witrażu. Wszędzie nade mną uformował się rozciągający się wokół fioletowy dach. W środku tej niebieskiej komnaty słyszałem szum wody i zobaczyłem poruszające się cienie. Gdy moje oczy przywykły już do panującego półmroku, cały ten teatr cieni przekształcił się w coś przypominającego dom zabaw, nadprzyrodzony karnawał zwierząt. Ze środka, kierując tym wszystkim, patrzył na mnie gigantyczny, szczerzący zęby łeb krokodyla, a z jego przepastnej paszczy wypływały strugi wody. Zarówno woda, jak i strop komnaty zaczęły wznosić się do góry. Cała ta scena zmieniła się tak, że pozostała jedynie dwoistość niebieskiego nieba w górze i morza na dole, a wszystkie stworzenia zniknęły.
Ja sam znajdowałem się przy powierzchni wody: patrząc z tego miejsca zobaczyłem nagle dwie dziwne łodzie, które kołysały się w przód i w tył i podpływały do mnie coraz bliżej. Powoli przekształciły się w okręt zakończony olbrzymim smoczym dziobem, który przypominał zwieńczenie łodzi Wikingów. W śródokręciu ustawiony był maszt z kwadratowym żaglem. Statek poruszał się lekko w przód i w tył i wtedy usłyszałem rytmiczny świszczący dźwięk, po czym zobaczyłem, że statek jest gigantyczną galerą z setkami wioseł. Poruszał się do przodu i do tyłu zgodnie z dźwiękiem.
Takiego wspaniałego, nieziemskiego śpiewu utworzonego z miliardów głosów dochodzących z pokładu galery nie słyszałem nigdy w życiu. Kiedy spojrzałem uważnie na pokład, ujrzałem wielką liczbę istot o głowach sójek i ciałach ludzi podobnych do ptasiogłowych bogów na starożytnych egipskich malowidłach grobowych. W tym też czasie poczułem, że część mojej energii życiowej zaczyna przepływać z mej klatki piersiowej w górę do łodzi. Chodziaż zawsze byłem przekonany, że jestem ateistą, pojawiło się wtedy we mnie przekonanie, że ci ptasiogłowi ludzie przybyli, by wziąć na pokład moją duszę, i że umieram. W dalszym ciągu, kiedy moja dusza mnie opuszczała, poczułem, że drętwieją mi członki. Poczynając od rąk i nóg całe moje ciało zamieniało się w coś solidnego i trwałego. Nie mogłem więc poruszyć się, ani przemówić. Odrętwienie rozchodziło się po klatce piersiowej, a kiedy dotarło do serca, spróbowałem zawezwać pomocy, poprosić Indian o antidotum. Jednakże mimo usiłowań, nie zdołałem wydobyć z siebie ani słowa. Tymczasem mój brzuch powoli zamieniał się w kamień. Dzięki nadzwyczajnemu wysiłkowi udało mi się utrzymać pracę serca. Zacząłem zwracać się do mojego serca, jak do przyjaciela, zaklinałem je, by jeszcze biło, dodawałem mu odwagi z całą mocą, jaka mi jeszcze pozostała.
Z kolei stałem się świadomy mojego mózgu. Czułem "fizycznie" że został on podzielony na cztery oddzielone od siebie i różne poziomy. Na samej powierzchni znajdował się obserwator i kierownik, który znał położenie ciała. On był odpowiedzialny za usiłowania utrzymania pracy serca. Ta część mózgu, będąca czystym obserwatorem, postrzegała wizje, które, jak się wydaje, emanowały z dolnej partii mego mózgu. Zaraz pod tym najwyższym poziomem odczuwałem warstwę zupełnie odrętwiałą, pozbawioną władzy przez specyfik ? wydawało się, że ona nie istnieje. Jeszcze niższym poziomem było źródło mych wizji, włączając w nie łódź duszy.
Byłem przekonany, że umieram, i kiedy próbowałem pogodzić się z tym faktem, niższa część mózgu zaczęła przekazywać więcej wizji i informacji. "Powiedziano mi", że zostaną mi pokazane dalsze wizje, a ponieważ umieram, nie będę w stanie zdradzić ich treści; były to tajemnice zarezerwowane dla umierających i martwych. Mogłem jedynie bardzo niewyraźnie zobaczyć tych, którzy przekazywali mi te informacje: [były to olbrzymie gadzie stwory spoczywające leniwie w najgłębszych częściach mózgu, w jego tylniej partii, tam gdzie mózg łączy się z rdzeniem. W tej głębi mogłem je rozpoznawać jedynie bardzo niewyraźnie.
I wtedy pokazano mi następującą scenę. Ujrzałem planetę Ziemię taką, jaką była przed eonami, kiedy nie było jeszcze na niej życia. Zobaczyłem więc ocean, pusty ląd i jasne niebieskie niebo. Zobaczyłem również setki kropek spadających z nieba na rozciągający się przede mną ląd. Zauważyłem wówczas, że te "kropki" były wielkimi, świecącymi i czarnymi stworzeniami z pterodaktylimi skrzydłami i ciałem wielorybów. Ich głowy były dla mnie niewidoczne. Spadały w dół, zupełnie wyczerpane podróż, by pozostać na ziemi na wieki Wówczas otrzymałem wyjaśnienie przekazane mi jakby w języku myśli, że stworzenia te przybyły na Ziemię z daleka, uciekając przed swymi wrogami. Istoty te, pokazały mi w jaki sposób wytworzyły życie na ziemi po to, by ukryć się w wielości form i w ten sposób zataić swą obecność. Trwająca miliony lat kreacja nieprzeliczalnych roślin i zwierząt odtworzyła się przede mną w skali i żywotności niemożliwej do opisania. Pojąłem, że to stworzenia podobne do smoków znajdują się wewnątrz wszelkich form życia, włączając w to człowieka. (W tym miejscu znajduje się przypis M. Harnera: można powiedzieć retrospektywnie, że były one prawie takie jak DNA, jednak w tym czasie, tj. w roku 1961, nic o DNA nie wiedziałem). Byli to prawdziwi mistrzowie całej ludzkości, a my, ludzie, byliśmy jedynie ich zbiornikami.
Te objawienia podnoszące się z głębi umysłu, ukazywały się na zmianę z widokiem galery, na której pokład zabrano już prawie całą moją duszę. Łódź z sójkowatymi ludźmi na pokładzie ciągnęła za sobą mą siłę życiową, oddalając się powoli przez szeroki fiord otoczony nagimi, pooranymi wzgórzami. Wiedziałem, że mam już tylko chwilę życia przed sobą. Jednakże, co dziwne, nie odczuwałem strachu przed tymi sójkowatymi ludźmi, zgadzając się na to, że zabiorą oni moją duszę. Bałem się jednak tego, że moja dusza nie zdoła utrzymać się w horyzontalnym planie fiordu, lecz na skutek jakiegoś nieznanego a przerażającego procesu zostanie zdobyta przez smokowatych mieszkańców głębi.
I wtedy poczułem swą ludzką odrębność, kontrast pomiędzy tymi gadzimi przodkami i mym gatunkiem. Rozpocząłem walkę o to, by nie powrócić do starożytnych, których zacząłem odczuwać jako coraz bardziej obcych i (być może) złych. Każde uderzenie serca stało się wielkim przedsięwzięciem. Zwróciłem się o pomoc do ludzi.
Z niewyobrażalnym wysiłkiem udało mi się wypowiedzieć jedno słowo: "lekarstwo". Zobaczyłem, jak Indianie krzątają się sporządzając antidotum, byłem jednak przekonany, że nie zdążą na czas. Potrzebowałem też strażnika, mogącego odeprzeć smoki, i szaleńczo próbowałem przywołać jakąś potężną istotę, która by obroniła mnie przed obcymi gadzimi stworami. Jeden z gadów pojawił się właśnie przede mną i w tym momencie Indianie otworzyli mi siłą usta i wlali m nie antidotum. Smoki zaczęły pogrążać się powoli w głębinach, nie było już ani łodzi, ani fiordu. Odetchnąłem z ulgą.
"
źródło:
http://www.paranormalne.pl/index.php?showtopic=8618&st=315
Avatar użytkownikaradoslaw Mężczyzna
Widzę Was!!!
 
Imię: Radosław
Posty: 18
Dołączył(a): 01 lis 2010, 03:30
Lokalizacja: Olsztyn
Droga życia: 3
Zodiak: Ryby, Tygrys

Powrót do działu „Inne”

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość