OBE, pionierzy świata astralnego i ich odkrycia, techniki eksploracji Astralu i nasze przeżycia.
Pozwolę sobie zacytować nieco przydługi fragment ostatniej książki Monroe. Fragment mocne zaniedbany, który został przyćmiony ideą parku która jest w rozdziale obok.

Odnoszę wrażenie że park jest czymś w rodzaju nieba dla ateistów, przygotowany aby mogli bezboleśnie odkryć, że coś tam jednak istnieje. Jednak tak na prawdę jest kolejnym poziomem systemu przekonań, używając terminologii Monroe.

Poniższy fragment nabiera innego światła wobec prowadzonych tu ostatnio dyskusji, nie zakładam oczywiście jego bezgranicznej prawdy jednak jak wspominałem robi on wrażenie czegoś tak zupełnie odmiennego od idei parku odkrytej później. Mam wrażenie że Monroe prawie wręcz olał to doświadczenie i zajął się parkiem tak jak wielu jego uczniów, co prowadzi do ślepej uliczki.

Tak przy okazji zastanawia mnie kiedy czytam książki Pratchetta ile dość ciekawej i intrygującej wiedzy zostało tam wepchnięte pod pozorem humoru i ciekawych opowieści. Ale to chyba na inny temat :wink:




Jeżeli dochodzi do impasu, to z dużym prawdopodobieństwem gdzieś po drodze ma miejsce jakieś zniekształcenie bądź błędne zrozumienie. Znak drogowy został przeoczony lub fałszywie odczytany, wzięto nie ten zakręt - możliwości jest całe mnóstwo. Być może jakiś maleńki detal pozostał nie zauważony.
Tak było i w moim przypadku. Wciąż odbierałem sygnały o pomoc, pobierałem lekcje poznania - poprzez - istnienie, ale wszystko to bez satysfakcjonującego mnie wyjaśnienia. Ratowanie tych, którzy właśnie zmarli i moja podatność na ich sygnały - szczególnie na moje własne z przeszłości - domagały się ode mnie całkowitej uwagi. Czyżby to właśnie miał być mój "nowy kierunek"?
Czułem, że utraciłem kontrolę. Jakaś część mnie, której nawet nie byłem świadomy, przejęła wszystko na siebie, a ja z pewnością tego nie rozumiałem.
Postanowiłem więc, że bezkresy nieskończoności będą musiały na razie poczekać. Obecnie najważniejszą sprawą było poznanie samego siebie, bez żadnych dwuznaczników. Im bardziej poznam samego siebie, tym lepiej będę wiedział, jaki jestem w swoim niefizycznym wydaniu i tym bliższy stanę się poznania powodu, dla którego wydaję się obierać tę akurat ścieżkę.
Doświadczenie jest niewątpliwie najlepszym z nauczycieli. Teraz moje doświadczenie ponownie mogło stać się konstruktywne, łącznie z pozostającymi na pierwszym planie zdolnościami lewej części mojego mózgu. Trasa lub dostęp do mojego niefizycznego ja, o którym zacząłem już myśleć jako o Ja-Tam, pojawił się prawie natychmiast.
Początek zrobiłem przeszło dwadzieścia lat temu.
Sfrustrowany brakiem jakichkolwiek umiejętności eksploracji poza ramami czasoprzestrzeni zwróciłem się do wnętrza i poprosiłem o pomoc. I otrzymałem ją. Otworzyły się przede mną nowe możliwości. Byłem wolny.
Przez wszystkie następne lata szczęśliwie podążałem obraną drogą. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że - pomimo mojego oczywistego ego - od tamtej chwili to właśnie moje Ja-Tam wzięło na siebie cały ciężar związany z nawigacją i naprowadzaniem. Ani razu nie zadałem sobie trudu, aby przyjrzeć się temu bliżej, do czego winna mnie była skłonić chociażby zwykła ciekawość.
Teraz w pogoni za brakującą Podstawą, zamiast wykonywać to co zwykle po wyjściu z ciała, położyłem tamę wszystkim pilnym sygnałom i zacząłem sondować dookoła siebie, kierując się do wnętrza raczej niż na zewnątrz. Potrzebowałem wielu takich sesji i przeszło roku, aby zgromadzić odpowiednie informacje i odpowiednio je posegregować.
A oto, czego się dowiedziałem. Wychodzenie z fazy fizycznej w moje Ja-Tam było powolne i rozważne. Miałem wrażenie istnienia, wszystkowiedzącego olbrzyma, który ze zdziwieniem obserwuje, jak jeden z jego palców podejmuje niezależną upartą eksplorację reszty jego ciała. Nie odczuwałem lęku z powodu Znanego: ja byłem Ja-Tam, Ja-Tam było mną. A któż mógłby się obawiać samego siebie?
Warstwa pamięci
Zwróciwszy się ku sobie i penetrując moje Ja-Tam natychmiast natknąłem się na to, czego oczekiwałem: na warstwę - lub kartotekę, bibliotekę czy archiwum - zawierającą w sobie każdą chwilę mojego życia aż po dzień dzisiejszy, uzupełnianą bezustannie napływem świeżych faktów, ściśle odpowiadających moim myślom i czynnościom podczas prowadzenia badań. Wciąż też wpływały tu sygnały z mojego ciała fizycznego. Było to coś większego od pamięci, jak o niej świadomie myślimy. Był to punkt recepcyjny wszystkich doznań płynących od obecnego Ja-Tutaj - tego ja, które funkcjonuje w świecie fizycznym - a działającego teraz jedynie jako ciało fizyczne bez świadomości.
Badałem ten system magazynowy kilkakrotnie i z olbrzymim zainteresowaniem. Po wybraniu jakiegoś wydarzenia z przeszłości przeżywałem je na nowo w każdym szczególe, aż do pojedynczych minut w przepływie bodźców, myśli i emocji. Jednakże szybko doszedłem do wniosku, iż taka superpamięć wcale nie jest czymś przyjemnym. Przy możliwości tak drobiazgowego wglądu we własne wspomnienia stajemy się boleśnie i smutno świadomi wielu podjętych w sposób irracjonalny decyzji, głupich błędów czy nie wykorzystanych możliwości. Emocjonujące wydarzenia nie były już tak emocjonujące, ponieważ znałem ich rezultat. Radosne chwile często okazywały się infantylnymi, a infantylne smutnymi i zabawnymi.
Na przykład: miałem bardzo wczesne wspomnienie o ukrywaniu się za dużym krzewem rosnącym tuż obok werandy domu mojej babki. Nigdy potem nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego właściwie się tam wtedy ukrywałem. Nie bałem się, ale coś mnie tam trzymało. Teraz już wiedziałem. Otóż narobiłem w majtki i nie chciałem, by dowiedziała się o tym mama. Dla czterolatka z pewnością było to olbrzymie przeżycie!
W podobnie łatwy sposób odkrywałem ponownie wiele istotnych wydarzeń, pomiędzy nimi i takie, które w swej naturze wczesnych zwiastunów bywały łatwo przeoczone. Jedno z takich wydarzeń miało miejsce w 1934 roku, kiedy to ze średnią niespełna 2,5 oblałem egzaminy na drugim roku na stanowym uniwersytecie w Ohio. W pewnym stopniu spowodowane to zostało poważnymi poparzeniami twarzy, wymagającymi długotrwałego leczenia szpitalnego. Wydobrzawszy poczułem niepokój i ruszyłem w kraj w poszukiwaniu pracy. Próbowałem podróżować autostopem, ale rychło zorientowałem się, że ludzie niechętnie zabierają podejrzanie wyglądającego nastolatka, więc zostałem klasycznym trampem przemieszczającym się z miejsca na miejsce pociągami towarowymi.
Pewnego dnia w St. Louis - było to w samym środku grudnia - kucharz w niewielkim bistro spostrzegł, jak zachłannym wzrokiem wpatruję się poprzez zaparowaną szybę w smażącą się na ruszcie potrawę. Skinieniem dłoni przywołał mnie do środka i nakarmił, nie żądając w zamian ani centa. Ponieważ od dwóch dni niczego nie jadłem, zakrawało to na cud.
Tej samej nocy w noclegowni prowadzonej przez Armię Zbawienia zmarł spokojnie stary człowiek leżący na łóżku obok mnie. Jeszcze nigdy nie znajdowałem się tak blisko kogoś umierającego. Nie odczuwałem strachu, lecz ciekawość.
Po prawie roku powróciłem do Columbus w stanie Ohio i załatwiłem sobie warunkowy powrót na studia. Podczas mojego pierwszego roku studenckiego kółko dramatyczne ogłosiło konkurs na najlepszą jednoaktówkę. Ta, którą napisałem, uzyskała drugą nagrodę. Pierwsze trzy zostały wyreżyserowane i wystawione na scenie uczelni. Być może szczytowy moment mojej uczelnianej kariery przypadł właśnie wtedy, gdy stałem za kulisami, a pięćset osób w absolutnej ciszy dosłownie chłonęło każde słowo z momentu kulminacyjnego mojego jednoaktowego dramatu. Krytycy powiedzieli później, iż to on właśnie powinien zająć pierwsze miejsce!
Sztuka oparta została dokładnie na tym, co wydarzyło się w noclegowni, oprócz dodanego momentu kulminacyjnego. Na czym on polegał? Otóż umierający stary człowiek przekazuje chłopcu Specjalne Przesłanie, Cel czy Plan wykraczający daleko poza zwykłą ludzką myśl. Skutkiem tego chłopiec zostaje przekształcony w coś lub kogoś zupełnie innego.
Taka rzecz wychodzi spod pióra osiemnastolatka, który nigdy nie studiował filozofii ani nie był nawet religijny - tak samo jak wszyscy jego rówieśnicy w tamtym okresie. Skąd więc ten pomysł? I dlaczego? Wydarzenie to najwyraźniej przez długi czas było ukrywane jako nieważne. A miało miejsce przeszło dwadzieścia lat przed tym, jak w moim życiu pojawił się taki fenomen jak OBE.
Do podobnej kategorii mato ważnych wydarzeń odnosiło się kolejne skrywane długo wspomnienie, które wcześniej uważałem być może za coś w rodzaju halucynacji. Rzecz działa się na starej farmie w okręgu Du-tchess, której byliśmy właścicielami w późnych latach czterdziestych. Mieszcząca się tam studnia wyschła. Była to studnia starego typu, wykopana ręcznie jakieś sto lat temu lub jeszcze wcześniej. Miała około trzech stóp średnicy, siedemdziesiąt głębokości i obramowana była zaokrąglonymi kamieniami polnymi połączonymi ze sobą bez użycia zaprawy.
Wsłuchawszy się odpowiednio można było usłyszeć cichy szum przepływającej poniżej wody, ale stara pompa nie była już w stanie podnieść jej rurami w górę. Zazwyczaj nie słyszy się płynącej w studni wody. Moja ciekawość została pobudzona, więc wydobyłem ze stodoły linę, jeden jej koniec przywiązałem do stojącego nie opodal drzewa i opuściłem się do wnętrza studni, zupełnie jak pokonujący strome zbocze taternik.
Po dotarciu do dna natychmiast zorientowałem się, na czym polegał problem. Poziom wody gruntowej obniżył się, tak że wystające ze ścian rury nie mogły już jej czerpać. Co ciekawe, woda na dnie nie była stojąca, lecz tworzył ją rwący dość wartko podziemny strumień. Pomyślałem, że gdyby we właściwym miejscu umieścić kilka kamieni, to poziom wody podniósłby się z powrotem.
Następnie spojrzałem w górę i ogarnęła mnie panika. Wysoko, wysoko ponad moją głową widniał maleńki krąg światła. Pomiędzy mną a tym punktem bezpieczeństwa znajdowało się siedemdziesiąt stóp związanej luźno skaty, której fragment mogłem naruszyć opuszczając się w dół. W każdej chwili fragment ten mógł odpaść, zwalając mi przy okazji na głowę całą ścianę. O tym, iż było to możliwe, upewniłem się oglądając dno studni. Leżało tu kilka sporych, wielkości piłki do koszykówki odłamów skalnych, które musiały oderwać się od ściany jakiś czas temu.
Doznałem potężnego przypływu klaustrofobii, co poniekąd wydawało się usprawiedliwione. Jeżeli nie wydostanę się stąd szybko, mogę zostać żywcem pogrzebany w siedemdziesięciostopowym grobie - i nikt nie będzie nawet o tym wiedział. Z wysiłkiem próbowałem zdusić rosnącą wciąż panikę. Wiedziałem, że wychodząc na powierzchnię będę musiał być niezwykle ostrożny, aby w żadnym wypadku nie naruszyć niepewnej spoistości ściany. Usiadłem na sporym kamieniu i zamyśliłem się. Następnie pochyliłem się i zwiniętą dłonią nabrałem kilka łyków wody. Była chłodna i orzeźwiająca.
Kiedy siedziałem tak na dnie tej studni nasłuchując łagodnego szumu przepływającej wody, moje oczy powoli przyzwyczaiły się do przyćmionego światła i zacząłem się odprężać. Coś było w miejscu, w którym się znajdowałem - coś spokojnego, przyjemnego. Spojrzałem w górę na krąg światła, ale uczucie spokoju pozostało nie naruszone. Nie czułem już paniki. Zamknąłem oczy i oparłem się wygodnie plecami o ścianę. Teraz nie musiałem się już spieszyć. Odprężyłem się jeszcze bardziej i przez chwilę sądziłem nawet, że zapadłem w sen, ale wciąż słyszałem szum wody i czułem plecami szorstki chłód kamieni. Moja fizyczna świadomość była wciąż nie naruszona.
Potem schemat uległ zmianie. Doznałem uczucia jakby otaczania mnie przez jakąś inteligencję, wpływającą bardzo powoli i ciepło w moje ciało. Wydawała się mieszać z każdą częścią mojego ciała i umysłu. Stałem się częścią tej inteligencji lub też inteligencja ta stała się częścią mnie. Wydawało się, że nie istnieje żadna różnica. A potem nastąpił przekaz. Mogę przełożyć go na słowa jedynie z grubsza.
Synu mój z synów synów, odnalazłeś radość w moich wiatrach i niebie. Dzieliliśmy podniecenie i pokój zarówno w falach moich wód jak i głęboko w ich odmętach. Rozkoszowałeś się pięknem i niewinnością innych moich dzieci rozsianych na mojej powierzchni. Jednak dopiero teraz znalazłeś chwilę w moim fonie, aby zamilknąć i posłuchać.
W milczeniu zachowaj tę pieśń na wieki. Zrodzony zostałeś ze mnie, jednak przeznaczeniem twoim jest stać się większym, niż kiedykolwiek będzie to moim udziałem. W rozwoju tym rozkoszuję się razem z tobą. Moja siła jest twoją silą; dlatego weź ze sobą moją chwalę, aby wyrazić ją w sposobach, których nie zrozumiem. Popieram i dzielę szczęśliwie to, czym się staniesz. Podążaj z tą prawdą w sobie, synu mój z synów synów.
To wszystko. Uczucie ciepła trwało jeszcze parę chwil, po czym zaczęło zanikać.
Wstałem, pochwyciłem dyndającą linę i bez wysiłku wspiąłem się na szczyt studni, wdrapując się w stronę światła. Jakież było moje zdumienie, kiedy stwierdziłem, że spędziłem w tej studni przeszło dwie godziny!
Teraz pamiętam tę specjalną Podstawę. Matko Ziemio, kocham cię! Jak mógłbym cię kiedykolwiek zapomnieć!
Dalsze badania warstwy pamięci odkryły prawie identyczny sen, pojawiający się co najmniej raz w miesiącu przez kilka lat. Byłem w tamtym okresie aktywnym pilotem samolotowym i szybowcowym. W tym powtarzającym się śnie zawsze siedziałem we własnym samolocie, którym kołowałem na koniec pasa startowego, następnie zwiększałem moc i rozpędzając się po pasie startowałem. Kiedy znajdowałem się już w powietrzu, pas startowy zamieniał się w ulicę, ciasno zabudowaną po obu stronach wysokimi domami. Od domu do domu i krzyżując się ponad moją głową biegła istna plątanina kabli i przewodów, tak jak wciąż jeszcze można to zobaczyć w starych dzielnicach biurowych położonych w dolnych częściach miasta. Chociaż próbowałem jak tylko mogłem, to nigdy nie udawało mi się znaleźć w tej plątaninie szczeliny na tyle dużej, by mógł przelecieć przez nią samolot. Po okresie niepokoju i frustracji budziłem się. Od chwili rozpoczęcia moich doznań poza ciałem sen ten nie powtórzył się więcej.
Niektórzy z psychologów, z którymi przedyskutowałem ten sen, sugerowali, że ulica jest symbolem moich powiązań ze światem biznesu. Inni spekulowali, iż nieprzenikniona sieć przewodów stanowi odbicie moich kulturowych systemów przekonań. Wszyscy zgodzili się za to, że jest to logiczna, doskonale zmontowana metafora wspaniale pasująca do tego, kim w owym okresie byłem.
Szukając dalej odnalazłem pewną wskazówkę co do mechanizmu, który wyzwolić mógł późniejsze wydarzenia. Moja kompania, szukając nowych możliwości korzystnego ulokowania pieniędzy, badała czy dźwięk wykorzystany być może do nauki podczas snu. Jako profesjonaliści w tej dziedzinie, ponieważ wyprodukowaliśmy kilkaset programów dla sieci stacji radiowych, wypróbowaliśmy wiele różnego rodzaju dźwięków, chcąc ustalić, w jaki sposób wpływają one na sen. Począwszy od 1956 roku sam byłem głównym obiektem takich badań i odbyłem co najmniej sto sesji leżąc w dźwiękochłonnej kabinie ze słuchawkami na uszach. Jednak dwoje moich dzieci, a także wiele innych osób, które odbyły podobne sesje, nie mogło poszczycić się porównywalnymi efektami. Czyżby to właśnie był ten wyzwalający moje późniejsze doznania mechanizm?
Tak więc przebrnąłem przez warstwę pamięci mając na uwadze, iż dokładne przypomnienie sobie wszystkiego nastąpić może kiedy tylko zechcę. Jednak odkryłem, że przeżywanie przeszłości bez różowych okularów nie jest dobrym sposobem na szampańskie wieczory!
Warstwa strachu
Posuwając się głębiej do następnej części mojego Ja-Tam natknąłem się na obszar, którego istnienia z pewnością się nie spodziewałem. Odkryłem, iż w rzeczywistości wcale nie byłem taki nieustraszony, za jakiego się uważałem. Być może nie byłem świadomy tych tkwiących we mnie lęków, tym niemniej były tam - duże, brzydkie strumienie surowej energii, kłopotliwe w swoim natężeniu. Były tam stare lęki i bezustanny przypływ nowych. Ich zakres był całkiem spory: od niewielkich, takich jak niepokój spowodowany wpływem deszczu na nasz projekt konstrukcyjny, po olbrzymie, dotyczące kierunków i tempa zmian w naszym świecie. Był tam nawet lęk przed fizyczną śmiercią; może nie przed samym procesem i tym, co czekało mnie później, lecz raczej przed tym, co mogłem pozostawić nie dokończone tutaj, w czasoprzestrzeni. Wiedziałem, że aby uporać się z tym bałaganem, podjąć trzeba zdecydowane działania.
Lecz moje Ja-Tam opracowało i zastosowało już w praktyce zdecydowanie lepszy system. Testy, przez które przechodziłem w ciągu ubiegłych pięciu lat, kiedy to niefizycznie doświadczałem intensywnych wydarzeń wywołujących kilkakrotnie te same lęki, dopóki nie zostały one rozproszone, były wciąż aktualne i w dalszym ciągu funkcjonowały. Co więcej, bitwa ta była prawie wygrana. O wiele więcej lęków rozpraszało się niż pojawiało nowych, wywoływanych bieżącą działalnością.
Wraz z uświadomieniem sobie tego faktu nastąpiło jedno z głównych odkryć: to moje Ja-Tam ustanowiło ten proces i kontrolowało jego przebieg, przyspieszając lub spowalniając operacje rozpraszania lęków w zależności od potrzeb. Pomocą w tym nie było żadne zewnętrzne źródło, jak to pierwotnie przypuszczałem. Po prostu to ja sam pomagałem sobie!
Tak więc palec stał się dłonią. Nie ukrywam, że tak nawet wolałem. Jednakże sposób, w jaki to zachodziło, pobudził moją ciekawość. Uświadomiwszy sobie, że Ja-Tam zapewnia mi (Ja-Tutaj) coś więcej, niż jedynie przypadkowe połączenie, zacząłem przeszukiwać mój obecny umysł - jaźń w celu odnalezienia dalszych dowodów na bieżące oddziaływanie mojego Ja-Tam. Sięgnięcie głębiej było bardzo łatwe, lecz efekt początkowy był prawie katastrofalny. Otóż dowiedziałem się, czym jestem! Jednakże przyzwyczajenie się do rzeczywistości tego "czym jestem" wymagało dużo czasu i wysiłków.
Warstwa emocjonalna
Była to następna wewnętrzna chmura energii, jaką napotkałem. Znałem wszystkie te emocje - nie te, które zostały stłumione, lecz te przeszłe i obecne, których doświadczyłem i które zachowałem w pamięci, zarówno te radosne jak i smutne. Znalazłem tu także uczucia irracjonalnego gniewu, które teraz stały się dla mnie zgoła zabawne. Tak jak w wypadku lęków, tu także obowiązywał stały schemat dopływu nowych uczuć odzwierciedlających mój stan z danej chwili. Interesujący był fakt, iż warstwa ta wydawała się być całkiem porządnie zorganizowana.
Strzaskana bariera
W dużym stopniu przypominało to niekształtną dziurę w szarej ścianie. Kiedy spróbowałem przecisnąć się przez tę kuszącą wyrwę, natrafiłem na niewielki opór, ale ostatecznie próba zakończyła się sukcesem. Po spenetrowaniu wyrwy struktura powstrzymującej mnie energii ściany stała się absolutnie zrozumiała.
Zrozumiałem także, co wydarzyło się w moim własnym schemacie, powodując utworzenie tej dziury. Odpowiedzią była prosta erozja spowodowana powtarzaniem eksperymentów. Zabawne w tym było to, że w swoim zapale nie zauważyłem nawet istnienia tej bariery.
Z czego była wykonana? Z nałogów Ziemskiego Systemu Życia i całej mnogości tworzonych w jego obrębie systemów przekonań. Najwidoczniej kiedyś prześlizgnąłem się przez jakieś pęknięcie, czy to przypadkowo, czy z jakiegokolwiek innego powodu i stopniowo je powiększałem dalszym używaniem - prawdopodobnie poprzez gromadzenie informacji i wzrost doświadczenia - aż w końcu ta część bariery po prostu zawaliła się.
Składnica
A więc... Czym właściwie jestem? Za barierą znajdowały się cale setki czegoś, co przypominało falujące promienie różnokolorowego światła. Z pewnym wahaniem wyciągnąłem dłoń i dotknąłem najbliższego z nich. Natychmiast w moim umyśle rozległ się głęboki, męski głos.
(No proszę, proszę! A więc ciekawość znowu się opłaciła, Robercie!)
Szybko cofnąłem rękę, ale chichot pozostał. Natychmiast zbliżył się inny świecący jaskrawo płomień koloru malwy. Tym razem głos był zdecydowanie kobiecy!
(Oczywiście! Nie jesteś wyłącznie mężczyzną, Bobby!)
Był to zaledwie początek. Proces ten powtarzał się wciąż i wciąż. I za każdym razem stawało się to łatwiejsze. Zrozumiałem, że każdy promień "światła" był jednym z moich ja, jedną z osobowości mojego Ja-Tam łącznie z różnymi doświadczeniami życiowymi. Zdeponowane w obrębie mojego Ja-Tam znajdowały się odpowiednie dla każdej osobowości schematy życia, zgodne w każdym szczególe. Właściwie opis ten nie odpowiada tak do końca prawdzie, ponieważ każda osobowość jest samodzielnym, zdolnym do odczuwania istnieniem z indywidualną świadomością, umysłem i wspomnieniami. Komunikowanie się było łatwe, ponieważ zachodziło z samym sobą! Jednakże było ich tak dużo, że mogłem jedynie musnąć ich powierzchnię. Głębszą penetrację uniemożliwiły mi elementy emocjonalne, które były zbyt silne.
Kiedy wychodziłem poza fazę w moje Ja-Tam, odnajdowałem konkretną osobowość poprzez zwykłą myśl o jej schemacie w mojej obecnej aktywności. Niektóre z nich były znajome, ponieważ wiedziałem, że stanowią siły napędowe w moim obecnym życiu. Oto kilka uderzających przykładów:
Architekt / Budowniczy
Działo się to w erze budowy katedr i zamków, jaka miała miejsce w dwunastym wieku w Anglii i na kontynencie europejskim. Zostałem zwolniony w niełasce, ponieważ ostro wystąpiłem przeciwko przerażającej liczbie zgonów pośród moich przyjaciół robotników w trakcie jednego z wypadków. Otóż z niedbale ustawionego rusztowania spadł olbrzymi głaz, miażdżąc znajdujących się na dole ludzi. Odmówiłem wtedy stosowania się do irracjonalnych fanaberii tych, którzy dzierżyli władzę. Wyemigrowałem do Francji, gdzie powtórzyła się ta sama sekwencja zdarzeń, chociaż z innym zakończeniem. Któryś z rozeźlonych możnych rozkazał skrócić mnie o głowę.
Ta część mnie znalazła swoje odbicie w moim życiu stosunkowo wcześnie, jeszcze zanim ukończyłem dziesięć lat, przejawiając się w budowaniu dwu lub trzypiętrowych drewnianych budynków. Później przyszło projektowanie i budowa dekoracji scenicznych, a jeszcze później projektowanie i nadzór instalacyjny różnych budowli w Westchester w stanie Nowy Jork, a potem w Wirginii. Wszystkie te prace zapewniały mi poczucie głębokiego zadowolenia.
Wyjaśniało to także głęboki smutek oraz cierpienia fizyczne, jakich doznałem podczas naszej ostatniej podróży do Anglii i Francji, gdzie zwiedzaliśmy różne katedry i inne starożytne budowle. Symptomy były tak wyraźne, że zmuszeni zostaliśmy do skrócenia pobytu zarówno w Londynie jak i w Paryżu. W moim Ja-Tam wszystkie szczegóły były łatwo dostępne, ale sięganie po nie rzeczywiście głęboko było dla mnie zbyt emocjonalne.
Spróbowałem za to dowiedzieć się swojego nazwiska z tamtego okresu, lecz otrzymałem jedynie rozbawioną, powtarzaną kilkakrotnie odpowiedź.
("To ty byłeś! Ty sam!)
Przez dłuższy czas nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Interesująca weryfikacja pojawiła się dopiero w 1990 roku. Podczas letnich wakacji w Europie mój młodszy brat Emmet oraz jego żona udali się do Szkocji, aby zwiedzić coś, co znane jest jako Munroe Fields na północ od Invemess. Zrobili zdjęcia znajdującego się tam zamku Louris i powrócili do domu nie wspominając mi o tej podróży ani słowem, ponieważ sądzili, iż nie będę tym zainteresowany.
W listopadzie Emmet otrzymał pismo z Instytutu w sprawie planowanych przedsięwzięć na przyszły rok.
Między innymi znajdowała się tam także fotografia wieży w nowym Wschodnim Skrzydle Centrum. Zdumiony tym, co zobaczył, porobił odbitki swoich zdjęć z Munroe Fields i przesłał je do nas. Na zdjęciu ze Szkocji cechą charakterystyczną zamku Louris jest wieża, która przypomina naszą w Instytucie w stopniu wykluczającym przypadkowy zbieg okoliczności. Obie mają po cztery piętra, są ośmiokątne i osadzone pośrodku frontowej ściany budynku, posiadają prawie takie same wymiary, takie same zwieńczenia dachu, a nawet podobne żelazne barierki na szczycie przytwierdzone do dachów budynków, chociaż na tych fotografiach są one niewidoczne.
Nie miałem pojęcia o istnieniu zamku Louris i jego wieży. Nigdy nie byłem w Szkocji. Mój brat nigdy nie widział ani nawet nie wiedział o wieży Instytutu, ponieważ wybudowana ona została już po jego ostatniej wizycie w Wirginii.
Kto wybudował zatem wieżę zamku Louris? Zgodnie z historią klanu Munroe zrobił to w połowie dwunastego wieku Donald Munroe oraz jego syn Robert.
Takie były więc niezbite fakty. Mimo wszystko to jednak ja!
Wskrzeszona wieża
Zwróćcie uwagę iż obie wieże są ośmiokątne, mają podobne zwieńczenia dachu, obie znajdują się w połowie ściany budynku, obie mają podobne wymiary i obie są wysokie na cztery piętra z dostępem na dach i barierkami z kutego żelaza.

Buntowniczy ksiądz
Ten Ja-Wtedy był nowicjuszem, w jakimś nieokreślonym czasie, mającym właśnie poddać się tajnemu rytuałowi konfirmacji w głębokich zakamarkach starej świątyni bądź kościoła. On - czy raczej ja - nie wiedziałem niczego o samej procedurze tego rytuału, ale oczekiwałem tej chwili z ogromną niecierpliwością, ponieważ oznaczała ona szeroką akceptację i awans w hierarchii kulturowej.
Rytuał rozpoczął się wraz z wejściem kapłanów, którzy śpiewając coś monotonnymi głosami sformowali wokół płaskiego, kamiennego ołtarza krąg. Następnie wprowadzono młodą dziewczynę, zdarto z niej odzienie i nagą przywiązano do ołtarza. Chociaż wstrząśnięty, Ja-Wtedy nie potrafił opanować ogarniającego go podniecenia.
Najwyższy rangą kapłan skinął na moje Ja-Wtedy, aby zbliżył się do ołtarza i posiadł dziewczynę. Posłusznie podszedłem bliżej, stanąłem obok dziewczyny i spojrzawszy na jej wykrzywioną strachem twarz ujrzałem w głębi jej oczu coś, co mnie powstrzymało. Po dłuższej chwili odwróciłem się, spojrzałem na kapłana i pokręciłem odmownie głową. Natychmiast nastąpił jaskrawy błysk i życie tego Ja-Wtedy zakończyło się.
W moim obecnym wcieleniu dość dobrze pasuje to do odrazy, jaką odczuwam do każdego mężczyzny uciekającego się w stosunkach z kobietami do gwałtu. Po wcześniejszych oznakach zawsze zakładałem, iż ten konkretny Ja-Wtedy został na skutek niewykonania poleceń zgładzony. Jednakże inwentaryzacja mojego Ja-Tam ukazała mi całkowicie odmienne oblicze tego wydarzenia. Otóż "pokusa" ta była testem. Gdyby Ja-Wtedy spróbował zgwałcić tę dziewczynę, zostałby powstrzymany i wyrzucony z zakonu. Lecz poprzez odmowę dokonania tego czynu, zdał test pozytywnie i przyjęty został do grona kapłanów. Jaskrawe światło było symbolem jego przeistoczenia się i rozpoczęcia nowego życia.
Kim była ta dziewczyna? Była nią moja żona Nancy. Jeszcze przed moim odkryciem tego faktu przypomniała sobie wydarzenie z poprzedniego wcielenia. Otóż byliśmy członkami sekty religijnej - ona była zakonnicą, ja zaś kapłanem.
Pilot
Czas, lokalizacja i występujące tam postacie są mi znane. Ten Ja-Wtedy był członkiem bardzo blisko związanej ze sobą rodziny lub plemienia liczącego kilka tysięcy osób, których bazą operacyjną bądź domem była jedna ze stron skalnego urwiska. Tuż za olbrzymim wejściem do przypominającego grotę pomieszczenia znajdowała się platforma startu i lądowania, a jedynym środkiem transportu były małe, jednoosobowe samoloty. Posiadały one krótkie skrzydła i napędzane były w sposób całkowicie niezrozumiały. Pilot leżał w nim twarzą w dół z lekko uniesioną głową, a czoło spoczywało na obrotowej poduszce. Sterowanie odbywało się za pomocą wyuczonego procesu mentalnego.
Ja-Wtedy całkowicie i ochoczo poświęcał się dla dobra grupy i spędzał większość swojego-mojego-życia latając jednym z tych samolotów na dalekie rekonesanse ponad mało gościnną okolicą. We wspomnieniach owego domu w skale występowało głębokie uczucie przyjaźni i miłości. Były tam także chwile rozbawienia, kiedy podczas takich misji kamienie i włócznie ciskane przez "tubylców" z dołu uderzały o spód samolotu, wprawiając cały kadłub, a także ciało mojego Ja-Wtedy w drżenie. Sam samolot był prawie niezniszczalny.
Dawno temu, kiedy byłem nastolatkiem w obecnym wcieleniu, próbowałem zbudować taki samolot, w którym pilot leżałby w pozycji twarzą w dół. Podczas drugiej wojny światowej usiłowałem nawet sprzedać projekt takiego myśliwca, co prawda bez powodzenia, różnym firmom związanym z przemysłem lotniczym jako odpowiedź na zbytnie obciążenie i inne problemy z osiągami. Było to na długo przedtem, nim posiadłem świadomość rozmiarów tego, czym obecnie jestem i nie zawracałem sobie wtedy głowy zastanawianiem się nad źródłami takich pomysłów.
Wibracjonista
Założyłem, że ten aspekt mnie wywodzi się z systemu energii będącego moim źródłem, luźno określanym przeze mnie mianem KT-95. Moja ostatnia wizyta w tamtym miejscu - w Domu - ani nie potwierdziła, ani nie zaprzeczyła temu założeniu. To, co interpretujemy jako muzykę, występuje w całym tamtym systemie w swojej pełnej sile, chociaż nie w formach twórczych.
Dalsza inwentaryzacja mojego Ja-Tam ukazała mi osobowość, z której postrzegłem jedynie niewyraźne cienie. Zarówno czas jak i lokalizacja były nieokreślone, a postacie prawdopodobnie istotami niehumanoidalny-mi. Ten Ja-Wtedy jest ważną, lecz najwyraźniej sfrustrowaną częścią mnie, bezustannie usiłującą powielić coś, co było powszechne w tamtej konkretnie aktywności życiowej. Zazwyczaj próbowałem wyrazić to poprzez muzykę. Obecnej kulturze i cywilizacji brakuje wiedzy oraz środków, aby wyrazić to w jakiejś innej formie.
W tamtym życiu pełne wykorzystywanie Wibracji w jakiejkolwiek formie jest tak naturalne, jak dla nas oddychanie. Jest to częścią ich pakietu DNA. Posiadają umiejętność manipulowania materią do zaspokajania wszystkich swoich potrzeb poprzez mentalną energię wibracyjną. "Muzyka", którą tworzą, jest wykorzystaniem energii niefizycznej, ale nie w polu elektromagnetycznym. Nie tylko wywołuje ona wszelkiego rodzaju nastroje i emocje, ale także wprowadza lub powstrzymuje różnorodne doznania zmysłowe, przypominające nieco nasze, lecz bynajmniej nie tak ograniczone.
Większość z tego Ja-Wtedy znajduje się poza zrozumieniem mojego Ja-Tutaj. Po prostu rozpoznaję obecność takiej osobowości i pozwalam wyrazić tej jaźni to, co możliwe i wykonalne. Jednakże najbardziej ciekawi mnie, w jaki właściwie sposób moje Ja-Tam uwikłało się w taki niezwykły styl życia. Inwentaryzacja nie-przyniosła na to odpowiedzi - lub po prostu nie potrafiłem jej odnaleźć.
Żeglarz
To żywe wspomnienie dotyczyło pierwszego oficera na żaglowcu w erze statków z osprzętem rejowym. Jedynie kilka mających wtedy miejsce wydarzeń jest jasnych dla mojego Ja-Tutaj. Jednym z nich było przejście przez jakąś cieśninę, możliwe iż Magellana, pod wiatr i podczas bardzo silnego sztormu. Przez wiele godzin pozostawaliśmy nieruchomo w stosunku do pobliskiego lądu, walcząc z przeciwnymi prądami i wiatrem. Sam przejąłem ster, kiedy zaczęliśmy dryfować w stronę kamienistego wybrzeża.
Cal po calu pokonaliśmy wreszcie tę cieśninę, tracąc po drodze trzech członków załogi. Chociaż wyrzuciliśmy na rufie kilka lin, nieszczęśnicy nie byli w stanie do nich dotrzeć. Każdy zwrot, który mógłby ich jeszcze uratować, oznaczał równocześnie nieuchronną katastrofę całego statku. Jeden z zaginionych był moim najbliższym przyjacielem.
W obecnym wcieleniu, chociaż urodziłem się i wychowałem na Środkowym Zachodzie, wybrzeże i ocean zawsze przyciągają mnie niczym magnes. Pierwszą rzeczą, jaką kupiłem w Nowym Jorku po uzyskaniu pieniędzy, była żaglówka. W ciągu godziny i to bez żadnych instrukcji poznałem prawie wszystkie tajniki żeglowania. Na morzu przydarzyło mi się wiele przygód, wliczając w to samotny, całonocny rejs dwanaście mil od brzegu w czasie sztormu. Będąc na morzu nigdy się nie bałem i zostałem w końcu właścicielem czterdziestodwustopowego keczu. Zawsze kochałem żeglowanie i często tęsknię za świeżym powiewem oceanu.
Przybysz
Był to jedynie migocący płomień światła. Kiedy wyciągnąłem rękę i spróbowałem go dotknąć, pojawił się wizerunek młodocianego wojownika z zamierzchłych czasów, tego samego, którego wskrzesiłem na polu bitwy. Nie byłem zaskoczony, ale zastanawiałem się, czy połączył się ze mną w drodze powrotnej. Zakłopotany emanującą od niego falą uwielbienia uspokoiłem go uśmiechem i uściskiem dłoni.
Oryginalne Ja
Z tym Ja zaznajomiłem się poprzez moją ostatnią wizytę w K-T-95. Zdecydowanie nie był on bytem fizycznym w naszym rozumieniu tego słowa. Wciąż pojmuję to w taki sposób, że stałem się ciekawy ludzkiej egzystencji podczas "turystycznych" wizyt w innych rzeczywistościach, wliczając w to czasoprzestrzeń. Po pierwszym zanurzeniu w wodach Ziemskiego Systemu Życia stałem się nałogowcem. Powtórki życia w KT-95 stały się już nudne. Jednakże sposób, w jaki pojawiło się moje oryginalne Ja, nie jest znany ani dla niego, ani dla mnie. Nigdy nie poświęcaliśmy temu wiele uwagi.
Teraz jednak dostrzegam za tym światło, a myśl o tej części mojego Ja-Tam wywołuje dudniący grzmot. Czyżby była to reakcja tego, który nigdy nie był szczególnie zainteresowany "poprzednimi wcieleniami"? Natychmiast myśl ta wyzwoliła wybuch głośnego śmiechu. Skąd się bierze? Od kogo pochodzi? Rozbrzmiewał wszędzie dookoła mnie, a także we mnie. Jednakże nie było żadnej widzialnej formy, jedynie radiacja, we mnie i ze mnie. Potem, gdzieś w głębi siebie, usłyszałem głos.
(W porządku, miody przyjacielu. Teraz już wiesz. Zabierz to ROTE ze sobą i powróć, kiedy je rozwiniesz.)
Szok wywołany głosem i śmiechem przywiódł mnie z powrotem do fazy Ziemskiego Systemu Życia i mojego ciała fizycznego. Dla mojego Odmiennego Spojrzenia miało właśnie miejsce coś na kształt cudu. .Nie było mi łatwo przyzwyczaić się do konfrontacji z tą częścią mnie, której nie podejrzewałem nawet o istnienie. Jednakże sama komunikacja była absurdalnie wręcz prosta. Nie jest to zaskakujące, ponieważ gdy rozmawia się z samym sobą, nie istnieją żadne bariery. Chociaż "rozmowa" nie jest właściwym słowem; komunikacja była o wiele szybsza, a nazywanie takiej wymiany "konwersacją" jest grubym niedomówieniem.
To, co zostanie zaprezentowane poniżej, to kompendium lub kwintesencja wielu takich sesji z moim Ja-Tam, poczynając od spotkania drugiego. Musiałem jedynie delikatnie się przefazować, przekroczyć strzaskaną barierę i już byłem wewnątrz, w kopule promieni światła, w samym sercu mojego Ja-Tam.
(My nie używamy określenia "serce". Jest zbyt fizyczne.)
Zatem w centrum.
(Jesteśmy tym, co najlepiej określa powiedzenie: "całość jest większa od sumy poszczególnych części".)
Tak więc jesteście całością tego, czym kiedykolwiek byłem.
(Punktem ogniskowym, szczytem piramidy ciebie, wliczając w to ciebie jaki jesteś w chwili obecnej.)
Musi tam panować niezły bałagan!
(Wcale nie. Jesteśmy wysoce zorganizowani. Czy rozpoznałeś warstwę pamięci, kiedy podążałeś do wnętrza?)
Oczywiście.
(Jest ona uporządkowana zarówno pod względem kolejności, jak i kategorii. W podobny sposób przedstawia się sprawa z innymi schematami istnienia, przez które przeszliśmy. Możesz natychmiast odszukać to. czego w danej chwili potrzebujesz.)
To dobrze.
(Rozważ na przykład te wszystkie trapiące cię lęki. Z łatwością je usuwamy. Przekształcamy je szybciej, niż ty je wnosisz. Powinieneś przypomnieć sobie, czym byłeś jakieś czterdzieści pięć lat temu lub przyjrzeć się niektórym z otaczających cię ludzi. I ty mówisz o bałaganie!)
Mogę to sobie wyobrazić!
(Naprawdę? Łatwo o tym zapomnieć, kiedy nie ma się tego tuż przed własnym nosem.)
Wkraczając tu przebiłem się przez cala masę emocji. Muszę tłumić w sobie mnóstwo czegoś, czego nie byłem nawet świadomy. Zakładam że ja - czy raczej wy - macie jakiś system, aby poradzić sobie także i z tym.
(Oczywiście, że mamy. Jest tego mniej niż kiedyś, ale jakość znacznie się poprawiła. Ostatnimi czasy pozwalasz, aby emocje kontrolowały twoje działanie jedynie wtedy, kiedy sam tego chcesz. To bardzo dobrze.)
Powiedz mi, czy istnieje jakieś imię, jakaś nazwa, którą mógłbym w stosunku do was stosować? Sądzę, że posiadacie więcej niż tylko jedno imię.
(Jesteśmy tym, co w danej chwili potrzebne. Jesteśmy trustem mózgów, zbiornikiem myśli, starszymi braćmi, czymkolwiek. Dlaczego nie zastosujesz jednego z tych skrótów, z których jesteś taki dumny? Może Rada Doradców - BOA? Lub skrót od Executive Committee - to jest nawet bliskie tego, czym rzeczywiście jesteśmy.
Wybieram zatem EXCOM (Executive Committee - EXCOM - Komitet Wykonawczy; przyp.).
(Doskonale. Posłuchaj - teraz, kiedy podjąłeś już trud dotarcia tutaj i zrobienia porządku ze swoją działalnością, jak można by to nazwać, moglibyśmy naprawdę zacząć.)
Dotrzeć tutaj i zrobić porządek ze swoją działalnością? Co to właściwie ma znaczyć?
(Po tych wszystkich latach wypracowałeś w końcu drogę dotarcia tutaj. Tyle razy pomagaliśmy ci w trakcie tego procesu, a ty nigdy nie obejrzałeś się za siebie - byliśmy pewni, że przybędziesz tu, aby to zbadać. Ale nie zrobiłeś tego. Musieliśmy się więc uciec do bardziej bezpośrednich metod, takich jak echa bólu w ciele fizycznym czy impulsy, które ty nazywałeś sygnałami o pomoc.)
To wy je wytwarzaliście?
(Zazwyczaj zajmujemy się nimi, kiedy jesteś zajęty byciem sobą - byciem codzienną istotą ludzką. Pomyśleliśmy, że jeżeli będziesz musiał zająć się kilkoma takimi sygnałami osobiście, staniesz się ciekawy. I tak się też stało.)
Chwileczkę. Niech się nad tym zastanowię. A więc pomagaliście mi przez całe moje życie?
(Oczywiście. Czasami to uznawałeś, a czasami nie.)
Jak daleko sięga to w czasie?
(Jeszcze zanim się narodziłeś.)
Opowiedzcie mi o tym. Ja tego nie pamiętam.
(Nie możesz. Przecież nie istniałeś. To my podjęliśmy decyzję, abyś ponownie stał się istotą ludzką. Wybraliśmy odpowiedni czas oraz miejsce, a także stworzyliśmy mieszankę DNA - elementy fizyczne i elementy od nas. Wybraliśmy te części nas, które wydawały się najbardziej odpowiednie, skręciliśmy je w jedno i wysłaliśmy. I oto byłeś - i my także!)
Co dokładnie wysłaliście?
(Osobowości, wspomnienia. Cóż jeszcze?)
Tak... natknąłem się na niektóre z nich po drodze. Czy tak dzieje się z każdym - z każdą istotą ludzką?
(Z tego co wiemy, tak. Niektórzy nie mają tak wielu doświadczeń jak my lub tak wielu, aby móc z nich wybierać.)
Czy są istoty bez żadnych doświadczeń? Tacy, którzy przybywają... niepokalani?
(Wielu nie posiada żadnych doznań z wcześniejszych wcieleń, chociaż mają sporo innego typu - zarówno fizycznych jak i niefizycznych. A jeszcze inni wspinają się w górę ze stanu bycia zwierzętami.)
Czy ktoś przybywa i odchodzi tylko z jednym wcieleniem jako człowiek?
(Słyszeliśmy o tym, ale nikogo takiego do tej pory nie spotkaliśmy. Być może nie potrafimy go po prostu zidentyfikować.)
Czemu właściwie służą wszystkie te powtórki - te wielokrotne wcielania?
(Do tej pory ludzkie życia były i są wykorzystywane w tak przypadkowy sposób, że po prostu nie jest możliwe uzyskanie dostatecznie szerokich doświadczeń w obrębie jednego życia. Tak więc wciąż powracamy, dopóki nie otrzymamy tego, co potrzebujemy. Czy jest to dla ciebie zrozumiałe?)
Powinien jednak być jakiś lepszy sposób. Ten nie wydaje się zorganizowany czy wydajny.
To ty powinieneś wiedzieć.)
Co to znaczy? Nie rozumiem.
(Pamiętasz tę wycieczkę z przewodnikiem daleko w przyszłość? Tak, jak my to widzieliśmy, wszystko tam z pewnością było zorganizowane i wydajne. Przybywasz, wybierasz doświadczenie, którego potrzebujesz - i wybywasz!)
Na to długo jeszcze trzeba czekać.
(Nie podlegasz upływowi czasu, nie pamiętasz? Po tym jeszcze tylko jeden powrót, do tamtego życia, które już odwiedziłeś i będziemy wolni.)
A więc mój Komitet Wykonawczy ma to wszystko zaplanowane...
(Oczywiście.)
Komitet składa się z części. Którą częścią ty jesteś?
(W dziewiątym wieku we Francji byłem nadwornym błaznem. Byłem dobrym mówcą. To dlatego właśnie zostałem wybrany, aby się z tobą spotkać. To pomoże złagodzić wszelkie napięcia, jakie mogłyby w tobie narosnąć.)
Nie wydaje mi się, abym odczuwał jakieś specjalne napięcie... no, może troszeczkę. Ale wracajmy do tego, o czym rozmawialiśmy. Czy pomagaliście mi w dzieciństwie?
(Pozostawaliśmy w bliskim kontakcie przez kilka pierwszych lat. Tak dzieje się z większością dzieci. Wpływ taki jest stosunkowo silny, dopóki rodzice i inne osoby nie zaczynają go stopniowo zmniejszać. Dziecko uczy się, aby nie mówić o tym, co dla dorosłych jest nie do przyjęcia. Później kontakt fizyczny gwałtownie zanika.)
Czy było coś jeszcze?
(Niewiele. Przez większość czasu po prostu cię obserwowaliśmy. Kilkakrotnie uratowaliśmy cię przed utonięciem. I był kiedyś okres, kiedy byłeś bardzo poważnie chory. Zjawiłeś się nawet tutaj i musieliśmy eskortować cię z powrotem.)
To musiało być wtedy, kiedy przechodziłem szkarlatynę. A te późniejsze sprawy - na przykład te dwa dolary pod deską - to także wasza robota?
(To jedna ze sztuczek Talo.)
Kto to jest Talo?
(Jeden z nas - jeden z ciebie - który żył w innym systemie energii.)
Czy było coś jeszcze?
(Pewnej nocy, kiedy miałeś siedemnaście lat, jechałeś boczną drogą wzdłuż rzeki. Wjeżdżałeś na wzgórze z nadmierną szybkością - aż naprzeciwka nadjeżdżała ciężarówka. Do tej pory nie wiesz, jak udało ci się ją wyminąć nie zabijając się przy tej okazji, prawda?)
Pamiętam! Pamiętam jak się zastanawiałem, co się właściwie stało. A więc to ty to zrobiłeś?
(Nie ja. Ale jeden z nas.)
Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć. Jesteście czymś w rodzaju moich aniołów stróżów - lub przynajmniej tak nazwałaby was większość ludzi.
(Och nie. Nie jesteśmy niczym takim. Ty i my jesteśmy tym samym. To ty jesteś tym, który przez cały ten czas sobie pomagał i pomaga dalej. My tylko jesteśmy tą częścią, która pomaga to zapamiętać. To ty i Talo obaj umieściliście te dwa dolary pod deską. Obaj z Cassem, wtedy na Hawajach, skierowaliście deskę surfingową we właściwym kierunku, tak aby kuter rybacki mógł cię wyłowić. Ty i my bez przerwy powracamy razem i naprawiamy to, co tego wymaga. Chcesz usłyszeć więcej przykładów?)
A niechaj mnie diabli porwą!
(Nie porwą. Nie dopuścimy do tego. Doświadczenia, które nabywasz w tym życiu, są na to zbyt cenne.)
Cenne? Co to właściwie znaczy?
(Prowadzą do wolności. I jest to twoja podróż - ty jesteś tu szefem. My jesteśmy niczym więcej, jak tylko kabiną pełną wrzeszczących pasażerów, mających nadzieję na dotarcie do celu i wykrzykujących rady.)
Dotarcie do celu?
(Drogi wyjścia. Prędkości ucieczki. Nie jedynie wieczności, ale także nieskończoności.)
Ja... wydaje mi się, że rozumiem. Co więc mam robić?
(Jesteś najlepszą szansą, jaką mieliśmy kiedykolwiek. Przez cały czas będziemy cię popierali i wspomagali. Nie możemy zrobić wszystkiego, ale nasze możliwości są całkiem spore. Zachęcanie cię do myślenia o tym, co nazywasz "poza ciałem", w końcu zadziałało.)
To wy to zrobiliście?
(Czy pamiętasz swoje wcześniejsze sny? Jak próbowałeś wznosić się samolotem, ale zawsze uniemożliwiały ci to rozciągnięte powyżej przewody?)
Oczywiście - bardzo jasno i wyraźnie.
(Były to ćwiczenia praktyczne jakie odbywaliśmy, kiedy przebywałeś tutaj podczas snu.)
Tak... to zaczyna powracać...
(Byłeś tak przerażony, że nawet nie zauważyłeś, iż cię naciągamy - nie wtedy.)
A reszta tej pomocy... Odniosłem ostatnio wrażenie, że rzeczywiście trochę ja jej udzieliłem... nie wy.
(Możesz to interpretować i w ten sposób. W pewnym sensie było tak istotnie. Pamiętaj, że nie jesteśmy ograniczeni czasem - ty także, nie będąc taki, jaki jesteś teraz. Możemy cofnąć się o dziesięć lat lub o tysiąc - to wszystko jedno. Jesteśmy zazwyczaj na miejscu, jeżeli chodzi o udzielanie pomocy.)
Zatem... jestem niczym więcej, jak jedynie surogatem was...
(Kiedy zaczynałeś to wcielenie, wtedy istotnie byłeś czymś takim. Lecz rozpoczynając zbieranie doświadczeń stałeś się zupełnie nową osobowością. Mieszanka, od której zaczynałeś, stopniowo stopiła się w jedną całość.)
Jest to coś, do czego będę się musiał przyzwyczaić. "Ja" pomagający "mnie"! Zawsze sądziłem, iż pomoc ta pochodzi z zewnątrz... Powiedz mi, czy jest coś, czego ty - my - nie możemy zrobić?
(Tym zajmuje się Asha. Jest dobrym technikiem. Zaraz się z tobą skomunikuje.)
Asha...?
Nastąpiła drobna zmiana częstotliwości.
(Jestem Asha. W czym mogę ci pomóc?)
Ja... pytałem o ograniczenia... co możemy, a czego nie możemy zrobić...
(Nie wiem, czego nie możemy zrobić, ale mam pełną świadomość, co możemy osiągnąć.)
No cóż... często zastanawiałem się, dlaczego nie potrafię robić pewnych rzeczy, które najwyraźniej są udziałem innych ludzi.
(Jakich mianowicie?)
Postrzeganie radiacji, czytanie w myślach, posiadanie tego, co nazywamy zdolnościami parapsychicznymi. Jedyne, co potrafię, to wychodzenie z ciała.
(Czy życzysz sobie posiąść takie zdolności?)
Jeżeli już o tym wspomniałeś... nie, niespecjalnie.
(Nie uważaliśmy, aby były one potrzebne. Ale jeśli rzeczywiście chcesz, aby ktoś z nas wykorzystał twoje ciało i mówił, podczas gdy ty udasz się gdzie indziej, to po prostu odpręż się i idź spać.)
Nie, nie chcę służyć jako kanał. Nie jest to droga do wolności, tak jak ja to widzę. Ale... chciałbym poznać odpowiedź na pytanie, co powinienem teraz robić.
(Takiej odpowiedzi nie możemy ci udzielić. Możemy ci służyć każdym poparciem, jakiego potrzebujesz, a także informacjami. Ale ty sam wiesz, co robić. Wszyscy jesteśmy z tobą. Nie znasz swojej własnej siły. Postaraj się tego dowiedzieć - oto, co powinieneś zrobić. Jeżeli ci się to uda - a jesteśmy pewni, że tak - to będziemy wolni.)
A ta potrzeba, jaką od dłuższego czasu odczuwam... niesienie pomocy całemu rodzajowi ludzkiemu. Gdzie ona tu pasuje?
(Możemy ci coś o tym powiedzieć, lecz nie wykluczone, że ci się to nie spodoba.)
Muszę to wiedzieć.
(Służenie całej ludzkości łatwo może zostać zaklasyfikowane jako służenie samemu sobie, ale w twoim wypadku, ponieważ efekt rozciąga się tak szeroko, nie ma to takiego zastosowania. Im bardziej ulepszymy ludzkość, tym większej poprawie ulegną nasze widoki na przyszłość. Jedno duże ulepszenie równa się setce pomniejszych.)
To znaczy, że jedna wysoka góra równa się niskiemu łańcuchowi wzgórz.
(Z wyjątkiem tego, że góra sięga wyżej.)
A więc to służenie - to ulepszanie - warte jest zachodu?
(Zdecydowanie tak.)
A co z więzią, którą my zwiemy miłością? Gdzie pasuje ta energia?
(Przyjacielu, mamy nagromadzonej w sobie tyle tej energii, aby wiodła nas w nieskończoność i poprzez nią. Zabierzemy ją ze sobą, kiedy odejdziemy. To główna baza energetyczna dla naszego intelektu. To, co obecnie postrzegasz jako miłość, oczyszcza, a nie udaremnia. Łączy w sobie zarówno ból jak i przyjemność, jest to połączenie przeciwności dla stworzenia całości. Ty sam znalazłeś mnóstwo miłości w tym wcieleniu, kiedy wyzwoliłeś się ze swoich iluzji.)
Musi być w was tutaj - to znaczy w nas - zmagazynowana olbrzymia ilość doświadczeń. Ile właściwie jest tutaj wcieleń?
(Może tysiąc, a może jeszcze więcej. Już dawno przestaliśmy Uczyć. Jest tutaj każda możliwa sytuacja, każda emocja. Nie ma niczego, na co mógłbyś natrafić podczas życia na Ziemi, a co nie zostało tułaj zgromadzone... na pięćdziesiąt różnych sposobów.)
A więc co ja robię - przechodzę przez to wszystko jeszcze raz?
(Aby odnaleźć jeden ostateczny fragment. A jesteś już bardzo blisko. Kiedy go odnajdziesz, odejdziemy.)
Odejdziecie, gdzie? Jak?
(Nie wiemy. Ty będziesz musiał nam to powiedzieć.)
Rozumiem... ale jesteście pewni, że wybraliście właściwie? Mam wrażenie, że tym razem jest tutaj inna istota ludzka - jeszcze jedna z naszego Ja-Tam.
(Zgadza się. To twoja rezerwa lub substytut, jak mógłbyś to określić. Ale ty jesteś pierwszy w kolejności.)
Ta inna istota... Czy to kobieta?
Tak. Czy powinienem spróbować się z nią spotkać?
(Może później. Sprawiałaby wrażenie utraconej dawno temu siostry.)
No dobrze. Teraz pozwólcie mi się upewnić, że prawidłowo zrozumiałem ten interes ze wskrzeszaniem.
(To nic niezwykłego. Wielu z nas pracuje nad tym przez większość czasu.)
Dlaczego oni po prostu nie powracają tutaj z własnej woli?
(A czy ty zrobiłbyś to jakieś pięćdziesiąt lat temu?)
Nie wiem... chyba nie.
(Zdarza się, iż niektórzy zostają tak uwięzieni w systemie przekonań, że nigdy tu nie powracają, nawet podczas snu. W ten sposób tracimy około dziewięciu na każdych dziesięciu. Zapominają o nas całkowicie. Nie ustajemy jednak w pomocy, mając nadzieję, że w końcu sobie przypomną - i czasami rzeczywiście się tak dzieje. Jesteśmy tam, aby ich łapać, kiedy wypadają poprzez pęknięcia.)
To wcale nie brzmi zachęcająco! Ale nie wszyscy z tych, których zabrałem, byli częścią nas, prawda? Przynajmniej mam nadzieję, że nie.
(Tylko jeden lub dwóch. Inni, których odebrałeś - po prostu zniknęli, kiedy przejęci zostali przez własne systemy przekonań, nie zauważyłeś?)
A więc to dlatego!
(Ich systemy przekonań są wszystkim, czego muszą się trzymać. Udają się więc tam, gdzie sądzą, że znajduje się pewien rodzaj bezpieczeństwa. Ale nigdy nie zapominają naszych prób niesienia im pomocy, nawet jeśli nie zgadza się to z tym, czego oczekują. Wątpliwości jednak narastają i być może dziesięć wcieleń później przedstawiciel ich własnego Ja-Tam odnajdzie ich i sprowadzi z powrotem tam, gdzie przynależą.)
Czy ja byłem zagubiony kiedykolwiek w systemach przekonań?
(Tak, byłeś.)
Dlaczego zareagowałem w końcu na waszą pomoc?
(Złożyła się na to kombinacja kilku czynników: więcej ciekawości, mniej obaw, niezbyt silna indoktrynacja.)
Niechętnie o to pytam, ale jest coś jeszcze, o czym muszę wiedzieć. Przez jak wiele wcieleń byłem - to znaczy byliśmy - zamknięci w systemach przekonań?
(Któż to wie? Ale z pewnością była to duża liczba.)
Co za strata! A jak wiele razy ja - ten ja - błądziłem bądź znikałem po drodze tutaj?
(Wystarczająco. I wcale nie była to strata. Dzięki temu dużo się nauczyliśmy. Nauczaliśmy się tak wiele od tam-
tych innych wcieleń, że tym razem wierzymy, iż może to zostać zaprzęgnięte do pracy.)
Zaprzęgnięte do pracy? Co może zostać zaprzęgnięte do pracy?
(Budowanie tego, co ty nazywasz prędkością ucieczki. Tak, abyśmy wszyscy mogli być wolni.)
Tak... rozumiem. Czy będę mógł dotrzeć do was ponownie, jeżeli powstanie taka potrzeba?
(Od tej chwili jesteśmy tak blisko ciebie, jak twoja własna skóra. Teraz, mój przyjacielu, rób to, co musisz zrobić. I przede wszystkim rób to z miłością.)
Niemożliwe jest opisanie energii miłości wydestylowanej z przeszło tysiąca wcieleń, które jak się tego dowiedziałem, każde Ja-Tam każdego człowieka ma w swoim posiadaniu. Co więcej, odkrycie i wiedza praktyczna o istnieniu w obrębie mojego Ja-Tam "Komitetu Wykonawczego", a także o samej strukturze mojego Ja-Tam w radykalny sposób wpłynęły na moje własne Odmienne Spojrzenie. Odkrycie to wreszcie wypełniło wiele pustych miejsc w mojej kartotece Znanych, istniejących od tak wielu lat.
Obecnie jestem pewny, iż każdy człowiek posiada swoje własne indywidualne Ja-Tam, łącznie ze specyficznym dla siebie samorozwijającym się Komitetem Wykonawczym. Teraz, przy waszym nowym i prawidłowo działającym Odmiennym Spojrzeniu, odnalezienie swoich własnych Ja-Tam oraz Komitetów Wykonawczych nie powinno nastręczać większych trudności, szczególnie jeżeli zaakceptujecie fakt, iż rzeczywiście istnieją. Musicie poszukać swoich własnych odpowiedzi i kiedy już jc odnajdziecie, umieścić je w swoich osobistych kartotekach Znanych. Być może będziecie wtedy w stanie zrozumieć, dlaczego wasze osobowości są tak złożone. Więcej niż jedynie ciało fizyczne? I to o ile więcej!


temu tak zwanemu Ja-Tam brakuje chyba połączenia z ciałem pęku indygo ale niewątpliwie jest to jakiś efekt wejrzenia w głąb siebie.
Że jak?
Wut?
Was?
Avatar użytkownikaCorso Mężczyzna
?que?
 
Imię: Michał
Posty: 66
Dołączył(a): 28 cze 2010, 12:40
Lokalizacja: Szczecin
Typ: lol
Zodiak: /o/
Widzę Uzuli zaraża swoim podświadomym nazewnictwem.
Trzynasty
 

Powrót do działu „Eksterioryzacja”

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość